Słoneczne podróże: Kolory Toskanii

Urzekające piękno urzeczywistnione. Podróż, o której marzyłam. Wysmukłe cyprysy i stare, skromne kapliczki ze znanych widokówek są przede mną. Miejsca, których urok i ciepło śnią mi się do dziś. Powracam do nich myślami w każdej wolnej chwili.

Przepiękne, pomarańczowe wschodzące i zachodzące słońce. Cienie nadmorskich sosen. Kłaniające się słoneczniki, chylące głowy od ciężaru dojrzałych ziaren. Uroki plaż, małych wiosek nadmorskich, hałasujące cykady, milczenie których zwiastuje nadejście wieczoru. Głos kumkających żab w małym stawie niedaleko naszego toskańskiego domu. Falujące od ciepła powietrze, pachnąca słońcem, miejscami wypalona ziemia. Obrazy rzeczywiste tak piękne, że aż nierealne.

 

Zaskakujący koloryt Pizzy – Campo dei  Miracoli (Pole Cudów) – jakby oderwane od miasta. Niezapomniany klimat alabastrowych sklepików z pamiątkami w Volterze, stare katedry w małych miasteczkach. Cudowny „ Manhatan  Średniowiecza”- San Gimigiano miasto  z piętnastoma wieżami. Najsmaczniejsze lody u Sergia, wyrafinowane. szczególnie te o smaku wina Vernaccio. Etruskie miasto na wzgórzu – Pitigliano. Niesamowita rzeźba Volto Santo (Twarz Chrystusa) w Katedrze w Lucca. Zastanawiałam się wielokrotnie dlaczego ta rzeźba tak mi utkwiła w pamięci.

Pierwsze zwiedzane miasteczka –  Massa Maritima. Moje dzieci szukają cienia w wąskich uliczkach, pachnących oliwą i ziołami. Upał Sieny (miasta o którym mówiłam, że mogłoby być moim) ,swobodny styl życia mieszkańców, pijących poranne cappuccino miesza się z tłumem turystów udających się na Campo. W gwarze turystów i śródziemnomorskim luzie docieram na plac (odbywa się tam słynny wyścig Palio) w kształcie płaszcza Madonny. Te wspomnienia są jak żywe, Torre del  Mangia wieża o 503 schodach, na którą wdrapaliśmy się z dziećmi, po to, by z góry ujrzeć plac. Spojrzenie na miasto z tej wysokości daje odpowiedź, dlaczego Siena nazywa się Sieną? Właśnie tam widać kolory materiałów użytych do budowy domów.

Po trzech latach wracamy. Dalej odkrywamy Toskanię. Jest jeszcze tyle do zobaczenia. Ponownie mieszkamy na wsi niedaleko San Vincenzo. Tam, jak zawsze witają nas majestatyczne słoneczniki. Tym razem udajemy się do Orbetello, zwiedzamy Ogród Tarrota. Miejsce dosłownie szkli się kolorem. Podziwiamy przedziwne rzeźby z luster i barwnej mozaiki. Wszystko to dzieło ludzkiej wyobraźni.

Po upalnym dniu odpoczynek na pięknych plażach niedaleko Follonica. A wieczorem tradycyjnie pizza w Venturinie.
Podróżując zahaczamy o Umbrię, sąsiadkę Toskanii. A tam Orvietto z najpiękniejszą i najbardziej kolorową fasadą spośród włoskich katedr. Porażeni jej pięknem, a przerażeni wizją Sądu Ostatecznego Signorellego, opuszczamy katedrę i  udajemy się  nad Lago di Bolsena. W drodze do naszego toskańskiego domu zatrzymujemy się w Terme di Saturnia i korzystamy z kąpieli siarczanych. W najbliższych dniach zapach naszych ciał nie pozwala zapomnieć o zdrowotnych kąpielach.

Kolejne dni niosą radość z nowo zawartych znajomości. Czas spędzany razem pozwala delektować się subtelnym smakiem owoców, warzyw, serów, mięs i ryb. W leniwym klimacie toskańskiej wsi wieczorami degustujemy różne gatunki win, nie zapominając o cantuccini. Żegnam toskańskie pejzaże z nadzieją, że jeszcze tam wrócę. Pozostało tam moje serce.

Autorka: Solis

Fot. zdjęcia prywatne Solis


Udostępnij