Prawo Mamy i życie po swojemu. Joanna Rułkowska o biznesie, macierzyństwie i odwadze do własnych zasad

Joanna Rułkowska od lat pokazuje, że przedsiębiorczość i macierzyństwo nie muszą się wykluczać, choć rzeczywistość wielu kobiet wciąż próbuje wmówić im coś przeciwnego. Prawniczka, twórczyni marki Prawo Mamy, mama czwórki synów i organizatorka pierwszej w Polsce Konferencji Małego Biznesu zbudowała społeczność kobiet, które chcą rozwijać własne firmy bez rezygnowania z życia rodzinnego i własnych ambicji. Jej droga do tego miejsca nie była jednak prostą historią sukcesu.

Joanna Rułkowska

Za rozwojem biznesu, książką wyróżnioną tytułem Książki Roku i setkami tysięcy złotych przychodu z produktów cyfrowych stoją także doświadczenia wypalenia, stanów depresyjnych i osobistej straty, która całkowicie zmieniła sposób patrzenia na czas, pracę i codzienność. Dziś Joanna Rułkowska otwarcie mówi o tym, że własny biznes może być narzędziem budowania bardziej elastycznego i świadomego życia, ale tylko wtedy, gdy nie odbywa się kosztem siebie i najbliższych.

W rozmowie opowiada o macierzyństwie, o kobiecej przedsiębiorczości, która nie musi udawać „perfekcyjnej”, oraz o tym, dlaczego coraz więcej kobiet zaczyna budować biznes na własnych zasadach, a nie według cudzych oczekiwań.

Agnieszka Marzęda: Joanno, od dziecka mówiłaś, że chcesz mieć pięciu synów. Dziś wychowujesz czwórkę dzieci, prowadzisz kancelarię prawną i rozwijasz markę Prawo Mamy. Czy życie, które masz dziś, przypomina to, które wyobrażałaś sobie jako nastolatka?

Joanna Rułkowska: Myślę, że w pewnym sensie tak  i jednocześnie zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałam jako nastolatka (śmiech). Zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Mówiłam, że chcę mieć pięciu synów, więc czterech chłopców, dom pełen śmiechu, gwaru, gotowania, urodzin, kolegów dzieci, planszówek i bajek to dokładnie ta część życia, którą kiedyś widziałam oczami wyobraźni. Mam też męża, który jest świetnym partnerem i tatą, więc ta „rodzinna” wizja naprawdę się spełniła.

Ale jako dziewczyna z małej podlaskiej wsi miałam też drugi obraz dorosłości, bardzo idealistyczny. Wydawało mi się, że prawdziwy sukces to wyjechać z małej miejscowości, w wielki świat i być „panią z biura”, która jest codziennie elegancko ubraną, pracującą równo 8 godzin, z dziećmi grzecznie w placówkach. Po latach widzę, że przy czwórce małych, często chorujących dzieci i obecnym systemie edukacji taki model byłby po prostu utopią bez dodatkowego wsparcia.

Dziś moje życie wygląda inaczej, ale i bardzo mnie to cieszy! Dzięki pracy online i temu, że po studiach zdobywałam kolejne kompetencje, mogłam budować markę Prawo Mamy dosłownie z telefonu i komputera wtedy, kiedy dzieci spały albo były z tatą. Mąż pracuje na etacie, ja prowadzę własną działalność, więc razem tworzymy elastyczny system, który naprawdę działa: ja częściej przed południem, on bardziej popołudniami jest zaangażowany w obowiązki domowe i opiekę nad dziećmi.

Z perspektywy czasu widzę, że to, co kiedyś wydawało mi się „ideałem”, dziś zamieniłam na życie, które jest prawdziwe, moje i możliwe dzięki temu, co daje XXI wiek. I choć nie jestem codziennie „panią z biura”, to jestem mamą, przedsiębiorczynią i prawniczką, która łączy te światy po swojemu i to jest dla mnie największa wartość. To, że mogę być zawsze przy chorym dziecku, w każde wakacje, ferie, długie weekendy czy przedszkolne przedstawienia.

AM: Pierwszy biznes uruchomiłaś jako bardzo młoda mama i studentka. W wieku 22 lat przyszło też wypalenie i stany depresyjne. Co wtedy najbardziej uświadomiło Ci, że dotychczasowy model działania po prostu się nie sprawdza?

JR: Pierwszy biznes uruchomiłam jako bardzo młoda mama i studentka prawa. Studiowałam dziennie, pracowałam, prowadziłam startup oparty na korepetycjach i jednocześnie byłam w pierwszej ciąży. Wydawało mi się wtedy, że jeśli będę wystarczająco ambitna i zdeterminowana, to „udźwignę wszystko”. Przez kilka lat faktycznie udźwigałam, ale ogromnym kosztem.

Mój startup rozwijał się świetnie: działałam w trzech miastach, miałam dużo klientów, rekomendacji, łatwość w marketingu i rekrutowaniu innych studentek. Miałam wizję na cały kraj. Tylko że w pewnym momencie zauważyłam, że to mój mąż spędza z naszym synkiem więcej czasu niż ja. I z jednej strony to cudownie, bo ich relacja jest dziś pięknym efektem tamtego okresu, ale mnie wtedy zabolało serce. Tęskniłam za dzieckiem, uczyłam się nocami, a ciało po drugim porodzie po prostu powiedziało stop.

To był moment, w którym zrozumiałam, że dotychczasowy model działania nie ma sensu. Nie dlatego, że sobie nie radziłam, ale dlatego, że nie był zgodny z tym, czego naprawdę chciałam. Zawsze marzyłam o dużej rodzinie, a nie o życiu, w którym praca jest ważniejsza niż obecność przy dzieciach.

Podjęłam wtedy radykalną decyzję: kończę studia, skupiam się na rodzinie, a biznes zawieszam. Dziś wiem, że jedyne, czego wtedy zabrakło, to menedżera (śmiech), ale ta przerwa była mi potrzebna.

Po studiach zaczęłam szukać sposobu na pracę, która pozwoli mi zarabiać, ale jednocześnie być blisko dzieci. Przełomem była książka Rafała Chmielewskiego Pamiętnik Adwokata. Jedno zdanie, mniej więcej takiej: jeśli myślisz, że nie jesteś specjalistą, tym bardziej zacznij pisać – otworzyło mi oczy. Założyłam blog Prawo Mamy, początkowo jako miejsce do budowania warsztatu i pomagania innym mamom-studentkom.

A potem wydarzyło się życie. Trzecia ciąża, nowe przepisy o działalności nierejestrowanej, moje pierwsze produkty cyfrowe, pierwsze współprace. Pamiętam, jak tydzień przed porodem powiedziałam mężowi, że od jutra znowu prowadzę biznes, ale tym razem z domu i po swojemu testując czym jest działalność nierejestrowana. I tak już zostało. Pracuję z domu, ale przychody są dużo większe niż wtedy zakładałam.

Od 2018 roku pracuję zdalnie, rozwijam kancelarię i markę Prawo Mamy, a jednocześnie jestem mamą na pełen etat. Myślę, że część sąsiadów do dziś nie wie, że mam firmę tylko widzi mnie jako zaangażowaną domową mamę wielodzietną (śmiech). I to jest właśnie piękne, bo stworzyłam model pracy, który jest zgodny ze mną, z moimi wartościami i z moją rodziną.

AM: Powtarzasz, że nie chciałaś budować kariery kosztem macierzyństwa. Jak dziś wygląda to w praktyce, kiedy prowadzenie firmy spotyka się z codziennością czwórki dzieci?

JR: Dziś moje życie zawodowe wygląda zupełnie inaczej, niż mogłoby się wydawać z zewnątrz. Ja nie pracuję w ciągu dnia dużo zawodowo, bo w godzinach 7:00 – 15:00 jestem przede wszystkim mamą czwórki dzieci, a to oznacza w każdym tygodniu wizyty w poradniach i u specjalistów, wolne dni w szkole z uwagi na ferie, wakacje, okienka, niekompatybilne grafiki w szkole i przedszkolu (jedni zaczynają o 12:00 lekcje, inni kończą o 11:50) i całą logistyką związaną z obiadami i porządkami, którą znają wszystkie wielodzietne rodziny. Jestem taką domową ostoją, osobą do której się przychodzi, kiedy ktoś czegoś potrzebuje. I to jest świadomy wybór.

W praktyce wygląda to tak, że w ciągu dnia mam zwykle tylko 2–3 godziny na pracę na komputerze nad dokumentami dla klientek, mailami i przygotowaniem materiałów edukacyjnych. To jest moje okno skupienia. Reszta to życie rodzinne, które traktuję jako priorytet, a nie przeszkodę.

Dlatego wszystkie działania wymagające mojej obecności na żywo: live’y, mentoringi, konsultacje, nagrania, spotkania czy wyjścia odbywają się wieczorami, kiedy mój mąż wraca z pracy i możemy się wymienić obowiązkami albo w weekendy, które mąż w całości poświęca rodzinie. To nasz wspólny system, który działa, bo jest oparty na partnerstwie i elastyczności.

Nie buduję firmy wbrew życiu, tylko razem z nim. I myślę, że to jest największa różnica między karierą a pracą po swojemu. Moja firma rośnie, ale nie kosztem dzieci. Rośnie dlatego, że stworzyłam model, który pozwala mi być i mamą, i prawniczką, i przedsiębiorczynią  w rytmie, który jest realny, a nie idealny.

AM: Bardzo otwarcie mówisz również o stracie córeczki w 32. tygodniu ciąży i o tym, jak mocno wpłynęło to na Twoje życie. Czy z perspektywy czasu widzisz, że to doświadczenie zmieniło także Twoje podejście do pracy, ambicji i codziennych decyzji?

JR: Tak. To doświadczenie zmieniło we mnie absolutnie wszystko, również podejście do pracy, ambicji i codziennych decyzji. Po pierwszym szoku i ogromnym żalu przyszła do mnie myśl, która dała mi spokój: moja córka na pewno nie chciałaby, żebym żyła tą stratą. Ona chciałaby mojego szczęścia, radości i pełnego życia. A ja sama ledwo przeżyłam całą sytuację i dosłownie dostałam życie po raz drugi. I to bardzo przewartościowuje.

Od tamtej pory widzę świat inaczej. Życie jest kruche, delikatne i nieprzewidywalne. Nie każdy dostaje szansę, żeby je przeżyć, a ja ją mam drugi raz. Dlatego przestałam odkładać siebie na kiedyś. Przestałam marnować energię na rzeczy, na które nie mam wpływu. Przestałam zastanawiać się, czy mam prawo realizować swoje marzenia.

Zrozumiałam, że kiedyś może nie nadejść. Jest tylko tu i teraz. I jeśli jest coś, czego chcę spróbować, stworzyć, zbudować to po prostu to robię. Ogranicza mnie tylko moje własne myślenie.

To doświadczenie nie zabrało mi ambicji. Ono je oczyściło. Dziś wybieram projekty, które mają sens. Pracuję tak, żeby być blisko rodziny. Dbam o siebie, bo wiem, jak cienka jest granica między wszystko jest dobrze a wszystko się kończy. I każdego dnia pamiętam, że żyję nie tylko dla siebie, ale też dla niej.

AM: Po tej stracie napisałaś książkę dotyczącą praw okołoporodowych, także po utracie dziecka. Skąd wzięła się potrzeba, żeby tak trudne doświadczenie przekuć w realne wsparcie dla innych kobiet?

JR: O książce myślałam już w 2018 roku, ale wtedy ta wizja mnie przerastała, wydawało mi się, że jestem za młoda, że co ja mogę napisać. Później skupiłam się na działalności nierejestrowanej i to ta książka ukazała się jako pierwsza. Jej sukces dodał mi odwagi. A kiedy byłam w piątej ciąży, poczułam, że to jest właściwy moment, by wrócić do tematu praw okołoporodowych.

Zaczęłam pisać tę książkę jeszcze w ciąży z córką. Po jej śmierci byłam w traumie i PTSD  i naprawdę o mało nie skasowałam całego tekstu. To był ból, którego nie da się opisać. Ta książka miała nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Ale kiedy minął pierwszy szok, zrozumiałam, że właśnie teraz ma największy sens.

Uświadomiłam sobie, że prawa okołoporodowe to nie tylko przywileje, urlopy i dobre scenariusze. To także trudne sytuacje: poronienia, straty, przedwczesne porody, narodziny dzieci z niepełnosprawnością. To może spotkać każdą kobietę niezależnie od wieku, zdrowia czy planów. I właśnie dlatego potrzebujemy wiedzy, która daje bezpieczeństwo, godność i sprawczość.

Z czasem zobaczyłam też, jak bardzo byłam uprzywilejowana jako świadoma prawnie kobieta. Dzięki tej wiedzy potrafiłam zorganizować studia jako młoda mama, zapewnić mężowi wolne podczas połogu, zadbać o bezpieczeństwo finansowe, mieć dobre porody. I dzięki tej wiedzy mogliśmy pożegnać naszą córkę z ogromnym szacunkiem, bez dodatkowych traum czy walki o podstawowe prawa.

Zrozumiałam wtedy jedno: to nie jest wiedza, którą można zatrzymać dla siebie. To jest wiedza, którą miałam obowiązek przekazać choćby jednej kobiecie jak koleżance z sąsiedztwa. A skoro mogłam dotrzeć do jednej, mogłam dotrzeć do tysięcy.

Dlatego dokończyłam tę książkę. Napisałam ją ludzkim językiem, kompleksowo, z myślą o kobietach, które w ciąży często nie mają siły czytać trudnych przepisów. I chyba się udało, bo przeczytało ją wiele mam, a nie tylko jedna koleżanka. Książka wyprzedała się w moim sklepie, w Empiku i innych księgarniach, miała piękną kobiecą premierę i zdobyła nagrodę Książki Roku.

Jednak to nie nagroda była najważniejsza. Najważniejsze było to, że mogłam zamienić ból w coś dobrego. To było jak otulenie po stracie córki, domknięcie, które pozwoliło mi iść dalej, niosąc wsparcie innym kobietom, a nie tylko własny smutek.

Joanna Rułkowska

AM: Prawo Mamy zaczynało się od działalności nierejestrowanej, a dziś mówimy o setkach tysięcy złotych przychodu z produktów cyfrowych i społeczności kobiet budujących własne biznesy. Co według Ciebie najbardziej blokuje kobiety przed zrobieniem pierwszego kroku?

JR: Amelia Earhart powiedziała kiedyś, że najtrudniejsze jest zdecydowanie się na działanie, a cała reszta to już tylko kwestia wytrwałości. I trudno się z tym nie zgodzić, patrząc na moją pracę z Polkami. Najtrudniejszy jest właśnie ten pierwszy krok, czyli decyzja: DZIAŁAM.

Kiedy kobieta podejmuje tę decyzję, dzieją się rzeczy, które wcześniej wydawały się niemożliwe: pojawiają się pierwsze klientki, pierwsze współprace, pierwsze pieniądze. Ale zanim to nastąpi, większość z nas zatrzymuje strach. I to nie jeden strach, tylko cały ich pakiet.

Kobiety boją się wysokich opłat ZUS, kiedy trzeba przejść z działalności nierejestrowanej na gospodarczą. Boją się podatków, których nikt im nie wytłumaczył. Boją się wymagających klientów, praw konsumentów, UOKiK-u, hejtu, ocen, porażki. Ale jest jeszcze coś głębszego: lęk, że jeśli wybiorą siebie, swój rozwój i swoje marzenia, to ich dom, dzieci i rodzina na tym ucierpią. Że kiedy one zaczną działać, to coś się zawali.

A w praktyce dzieje się dokładnie odwrotnie. Jedno działam potrafi zmienić nie tylko domowy budżet, ale też relacje, podział obowiązków, sposób spędzania czasu, a nawet poczucie własnej wartości. Kiedy kobieta zaczyna zarabiać, zaczyna też inaczej myśleć o sobie. A kiedy zaczyna inaczej myśleć o sobie zmienia się cały jej świat. I często również świat jej bliskich, bo może im te marzenia po prostu sfinansować.

Dlatego uważam, że największą blokadą nie jest brak wiedzy czy pieniędzy. Największą blokadą jest przekonanie, że nie mam prawa zacząć. A każda kobieta ma to prawo i każda może zrobić pierwszy krok, nawet najmniejszy.

 

AM: Organizujesz konferencje, występujesz publicznie, rozwijasz biznes i jednocześnie pokazujesz codzienność dużej rodziny. Czy nadal spotykasz się ze stereotypowym myśleniem, że wielodzietna mama „powinna skupić się tylko na domu”?

JR: Niestety tak. Stereotypy dotyczące wielodzietnych mam wciąż są bardzo żywe. Część osób udaje, że moja praca to tylko fanaberia albo hobby po godzinach, jakby przy czterech synach istniało coś takiego jak nuda (śmiech). Kto ma jedno dziecko, ten wie, ile to energii i zaangażowania. Przy wielodzietności dochodzi jeszcze nakładanie na nas cudzych wyobrażeń o tym, jak powinno wyglądać nasze życie.

Zdarzają się też komentarze w drugą stronę: że skoro pracuję, to na pewno nie mam czasu dla dzieci, że kariera jest ważniejsza, że starsze dzieci muszą zajmować się młodszymi. To kompletnie mija się z prawdą, bo moi synowie są w podobnym wieku, nikt nie opiekuje się nikim, a ja jestem bardzo obecna w ich codzienności.

Przyznaję otwarcie: nie mogłabym pracować na etacie po 8 godzin dziennie bez ogromnego uszczerbku dla rodzinnej logistyki i pracy mojego męża. Przy czwórce dzieci i dwóch rodzicach na etacie, bez niani i bez babci, byłoby to po prostu niemożliwe. Wystarczy spojrzeć na system szkolny o którym już wspomniałam: wakacje, ferie, długie weekendy, wolne przy egzaminach a do tego choroby, wizyty u specjalistów i plan lekcji, który bywa kompletnie niekompatybilny z pracą etatową i tak wygląda rzeczywistość wielu rodzin. Przy jednym było by łatwiej, ale przy 4 z małą różnicą różne „to tylko jeden dzień wolny” nakładają się codziennie z innego powodu. Mało kiedy zostaję w mieszkaniu sama na dłużej niż 2-3h.

Ale ja prowadzę biznes, a nie chodzę do pracy na etat, więc nie muszę się codziennie stresować, mogę wykonać pracę w dopasowaniu do tych różnych grafików innych osób w rodzinie. I dzięki temu mogę działać elastycznie. To, że pracuję zdalnie i prowadzę kancelarię w modelu interaktywnym, a nie stacjonarnym, bywa dla niektórych pretekstem do umniejszania mojej pracy. Jakby wystarczyło zrobić kawę, a reszta zrobi się sama (śmiech). A przecież za tym też stoją lata nauki, setki godzin pracy, produkty, procesy, społeczność i realne wyniki finansowe. Nie zorganizowałam tego sobie nagle, ale codziennymi nawykami.

To, co boli mnie dziś bardziej niż stereotyp mama powinna myśleć tylko o dzieciach, to negatywne narracje o macierzyństwie, tj. jak o udręce, końcu życia, końcu marzeń. To kłamstwo. Dzieci są darem i cudem, który potrafi wydobyć z nas to, co najlepsze, również zawodowo. Macierzyństwo nie musi być przeszkodą. Może być siłą, motywacją i fundamentem do budowania czegoś pięknego.

AM: Powiedziałaś kiedyś, że dzieci powinny widzieć, że mama jest nie tylko opiekunką, ale też kobietą z własnymi pasjami, celami i marzeniami. Jak pokazujesz to swoim synom na co dzień?

JR Tak, bardzo wierzę w to, że dzieci powinny widzieć mamę nie tylko jako opiekunkę, ale też jako kobietę, która ma swoje pasje, cele i marzenia. I staram się im to pokazywać na co dzień w bardzo naturalny sposób.

Po pierwsze mam swoje „złote godziny pracy”. Chłopcy wiedzą, że wtedy mama nagrywa wideo, pisze artykuły, prowadzi konsultacje, nagrywa kurs albo pracuje nad książką. To dla nich oczywiste, że mama ma swoją pracę i że to jest ważna część mojego życia.

Po drugie robimy wspólnie Mapy Marzeń. Zaczęło się od mojej, a chłopcy szybko stwierdzili, że oni też chcą mieć swoje. Wyszukujemy obrazki, zdjęcia, napisy, wycinamy, kleimy. To piękny moment, w którym widzą, że dorosła kobieta też ma marzenia i że warto je nazywać.

Po trzecie wyjeżdżam kilka razy w roku na konferencje czy wydarzenia biznesowe. Zostaję wtedy na noc w innym mieście, a chłopcy są z tatą. Ponieważ mają mnie na co dzień dosłownie pod ręką, ten czas tylko z tatą jest dla nich bardzo cenny. A dla mnie to sygnał, że mogę realizować swoje cele bez poczucia winy.

I wreszcie pokazujemy im świat. Zabieramy dzieci na wakacje, podróżujemy po Polsce i Europie, pokazujemy różne miejsca i historie. Chcę, żeby widzieli, że życie jest szerokie, że można łączyć rodzinę z pasją i że mama też ma swoje przestrzenie, w których się spełnia.

Wierzę, że dzieci uczą się nie z tego, co im mówimy, ale z tego, co widzą. A ja chcę, żeby widzieli mamę, która kocha ich całym sercem i jednocześnie nie rezygnuje z siebie.

AM: Twoje kursy, checklisty i produkty cyfrowe pomagają kobietom startującym z małym biznesem. Jakie pytanie albo lęk powraca u nich najczęściej?

JR: Najczęściej kobiety przychodzą do mnie ze strachem przed formalnościami. Boją się problemów z urzędami, błędów w regulaminach, RODO, kontroli, kar. Czasem ten lęk jest tak silny, że prowadzi do napadów paniki. Kobiety mówią, że płaczą w nocy, że boją się wypełnić szablon, że czują, jakby jedno kliknięcie mogło zniszczyć im życie. Z mojej perspektywy wiem, że na początku nawet jeśli coś zrobi się nieidealnie, to nie grozi za to milionowa kara. Ale ten strach jest realny, bo wynika z braku jasnego języka w ustawach, straszenia przez otoczenie i historii o kontrolach ZUS czy US.

Jednak po latach pracy z kobietami i po analizie wyników mojego badania Biznes Start 2026–2028 widzę wyraźnie, że to nie jest jedyny ani nawet główny powód, dla którego kobiety nie zaczynają działać.

Najczęściej blokują je także:

  • Brak czasu przy dzieciach, bo codzienność mam jest nieprzewidywalna, a wiele kobiet nie widzi przestrzeni na rozwój.
  • Brak funduszy na start, bo nawet drobne koszty potrafią wydawać się barierą nie do przejścia.
  • Brak wsparcia bliskich, bo komentarze typu po co ci to, dzieci są ważniejsze, tylko nie zacznij tańczyć na Instagramie potrafią podciąć skrzydła.
  • Brak wiary w siebie, bo przekonanie, że mama nie może, mama nie da rady, mama powinna tylko ogarniać dom, przez ostatnie miesiące byłam tylko mamą, wypadłam z rynku.

I to właśnie te cztery obszary: czas, pieniądze, wsparcie i wiara w siebie są najczęstszymi blokadami, które widzę u kobiet startujących z małym biznesem.

A kiedy kobieta dostaje jasne instrukcje, wsparcie i poczucie bezpieczeństwa prawnego, dzieje się coś pięknego: zaczyna działać. A kiedy zaczyna działać, zmienia się nie tylko jej biznes, ale też jej życie, relacje i sposób myślenia o sobie.

AM: Wiele kobiet mówi dziś o łączeniu macierzyństwa z biznesem, ale rzadziej rozmawia się o cenie, jaką czasem się za to płaci. Co pomogło Ci zbudować taki model pracy, który nie prowadzi ponownie do przeciążenia?

JR: Bywam przeciążona nadal i myślę, że każda mama łącząca rodzinę z pracą to zna i nie da się zawsze być wypoczętą i umalowaną, kiedy wykonuje się tak dużą pracę jak wychowanie kilkorga dzieci i zarządzanie biznesem.

Różnica polega na tym, że dziś dużo szybciej łapię moment, w którym ciało i psychika mówią stop. Już nie doprowadzam siebie do granic wytrzymałości, jak kiedyś. Moje życie nie jest typowym work‑life balance. To raczej work‑life integration, w której każdego dnia badam, co jest najważniejsze na dziś, na ten miesiąc, na ten rok. Bo druga tajemnica to ta, że dzieci rosną (śmiech).

Jeśli dziecko jest w przedszkolu to jest czas na pracę i rozwój zawodowy. Jeśli dziecko jest w szpitalu, wybieram tylko to, co naprawdę pilne, a resztę odkładam bez poczucia winy. Jeśli są wakacje pracuję późnym popołudniem, a duże kampanie planuję na jesień, bo latem jestem z chłopcami albo podróżujemy po Polsce.

W moim modelu życia nie ma trybu: 8 godzin pracy, 8 godzin domu, 8 godzin snu. Jest model dopasowany do rytmu szkoły, chorób, wyjazdów i realnej codzienności. Dzieci rosną i z każdym rokiem mam coraz więcej czasu na pracę. A świadomość, że mam tylko kilka godziny dziennie na rozwój projektu Prawo Mamy, działa na mnie motywująco to mój złoty czas na najważniejsze zadania i wybieranie takich projektów, które pozwalają generować realne przychody w krótkim okienku.

Zrozumiałam też, że żeby mieć siłę i energię, muszę dbać o podstawy. To brzmi banalnie, ale po latach łączenia macierzyństwa, nauki i biznesu widzę, że każda mama potrzebuje:

  • Snu
  • Regularnych, wartościowych posiłków
  • Chwili ciszy i czasu tylko dla siebie
  • Oddelegowania zadań

Oddelegowanie nie musi oznaczać zatrudniania pomocy. Czasem to rozmowa z partnerem o podziale obowiązków. Czasem nauczenie dzieci samodzielności. Czasem zmiana nawyków całej rodziny.

AM: W Twojej historii bardzo mocno wybrzmiewa świadomość, że czasu nie da się odzyskać ani odłożyć „na później”. Czy ta perspektywa zmieniła to, na jakie projekty i ludzi dziś się zgadzasz?

JR: Zdecydowanie tak. Świadomość, że czasu nie da się odzyskać ani odłożyć „na później”, bardzo zmieniła to, na co się zgadzam i na co już się nie zgadzam. To doświadczenie nauczyło mnie priorytetyzować i wybierać tylko to, co jest naprawdę spójne z moimi wartościami, celami i tym, jak chcę żyć.

Dziś bardzo klarownie widzę, które projekty sprzyjają realizacji moich marzeń i temu, co jeszcze chcę stworzyć, a które byłyby tylko „fajne”, ale nie są konieczne na tym etapie życia np. wyjście na Biznesowe kawy o 9:00 rano. Widzę też, którzy ludzie dodają mi energii, a którzy ją odbierają. Kiedyś zgadzałam się na wiele rzeczy z grzeczności, z ambicji albo z poczucia, że powinnam. Dziś wiem, że to właśnie takie decyzje kosztują najwięcej.

Ta perspektywa nauczyła mnie, że mój czas jest zasobem i że jeśli oddam go komuś lub czemuś, co nie jest moje, to nie odzyskam go już nigdy. Dlatego wybieram świadomie. Wybieram projekty, które mają sens. Wybieram ludzi, przy których czuję spokój i rozwój. Wybieram działania, które są zgodne z moją misją i z tym, jak chcę przeżyć swoje życie.

To nie jest egoizm. To jest dojrzałość. I ogromna wdzięczność za to, że mogę ten czas jeszcze mieć.

AM: Gdybyś mogła dziś spotkać siebie sprzed dziesięciu lat – młodą mamę próbującą pogodzić studia, biznes i życie rodzinne – co powiedziałabyś jej jako pierwsze?

JR: Oddychaj (śmiech).

Jesteś wartościowa taka, jaka jesteś. Naprawdę jesteś wartościowa. Nie musisz nikomu udowadniać, że nie jesteś za młoda na macierzyństwo, że nie musisz robić wszystkiego perfekcyjnie, żeby zasłużyć na akceptację. Jesteś dobrą, czułą, cierpliwą mamą. A praca zawodowa ułoży się po Twojej myśli, tylko w swoim czasie.

Macierzyństwo i marzenie o dużej rodzinie to Twoja siła, a nie brak ambicji. Dzieci będą Twoją największą miłością i największą motywacją. To właśnie dzięki nim będziesz miała energię, żeby realizować swoje ambicje zawodowe. Z każdym kolejnym dzieckiem będziesz bardziej ufać sobie, nabierać wiatru w żagle, uczyć się elastyczności, odpuszczania i nawigowania między obowiązkami. To dzięki nim odkryjesz swój potencjał i trafisz do innych mam.

 

 

Rozmowa z Joanną Rułkowską pokazuje, że własny biznes i macierzyństwo nie muszą stać po przeciwnych stronach życia. Coraz więcej kobiet buduje dziś firmy w rytmie dopasowanym do swojej codzienności, dzieci, wartości i realnych potrzeb, a nie według sztywnego modelu sukcesu, który przez lata narzucało otoczenie. Historia Joanny jest dowodem na to, że można tworzyć ambitne projekty, rozwijać markę i jednocześnie pozostać blisko tego, co najważniejsze.

To również opowieść o ogromnej sile kobiet, które nawet po trudnych doświadczeniach potrafią przekuć własną historię w coś, co daje wsparcie innym. Marka Prawo Mamy stała się dziś nie tylko biznesem, ale także przestrzenią edukacji, bezpieczeństwa i kobiecej solidarności dla tysięcy mam rozpoczynających własną drogę zawodową.

W imieniu LadyBusiness Club dziękujemy Joannie Rułkowskiej za niezwykle szczerą, poruszającą i inspirującą rozmowę. Z okazji Dnia Matki dziękujemy także za pokazanie, że macierzyństwo nie odbiera kobietom ambicji, marzeń ani sprawczości, lecz bardzo często staje się siłą do budowania życia na własnych zasadach.

Z Iwoną Jóźwiak rozmawiała Agnieszka Marzęda.

Więcej informacji na stronie PrawoMamy.pl

Jeśli chcesz, by historia Twojej marki, pasji i drogi znalazła się na łamach LadyBusiness.pl – tak jak ta rozmowa – napisz do nas na adres: pr@ladybusiness.pl. Z przyjemnością poznamy Twoją opowieść.


Udostępnij