Czego nie mówisz na śniadaniu networkingowym. Trudne pytania kobiet biznesu i to, co je gryzie w nocy
Środa, druga w nocy, leżysz na plecach i patrzysz w sufit. W ciągu dnia poprowadziłaś trzy spotkania, podpisałaś dobry kontrakt, na Instagramie wstawiłaś zdjęcie z konferencji, w komentarzach posypały się serduszka i hasła „inspirująca", „dziewczyno, jesteś bossem". I teraz leżysz, a w głowie kręci się to jedno pytanie, którego nigdy nikomu nie zadałaś na głos.
Czy to wszystko ma w ogóle sens? Czy to, co zbudowałaś, kupisz sobie tym, co naprawdę chciałaś? Czy ktokolwiek wokół Ciebie rozumie, jak Ci jest, gdy zamykasz laptop i ściągasz makijaż przed lustrem?
Z drugiej strony łóżka oddycha ktoś, kto Cię kocha, ale nie do końca rozumie. Albo nie ma nikogo, bo akurat ten rozdział życia wygląda tak. W telefonie jest sto siedem kontaktów, w tym kilkadziesiąt kobiet, które mogłabyś nazwać znajomymi z branży. I żadnej z nich nie napiszesz o drugiej w nocy „nie wiem, czy to się wszystko opłaca, jestem zmęczona, jest mi smutno”. Bo to brzmi jak słabość. A na słabość kobieta biznesu sobie nie pozwala. Tak się przynajmniej nauczyłyśmy.
Ten tekst jest o tym, czego nie mówimy na śniadaniach networkingowych. O wspólnym mianowniku, którego nikt nie chce wymówić jako pierwszy, bo wszystkim wokół wydaje się, że tylko on albo ona to czuje. Spoiler. Czujemy to wszystkie.
Najpierw liczby, bo one robią porządek z samotnością
Zacznijmy od czegoś, co działa jak natychmiastowa ulga. Od danych. Bo kiedy widzisz, że to, co wydawało Ci się Twoją prywatną patologią, jest masowym zjawiskiem opisanym w badaniach, dzieje się coś ważnego. Przestajesz być sama.
Z raportu o wypaleniu wśród przedsiębiorców z dwa tysiące dwudziestego czwartego roku wynika, że czterdzieści sześć procent przedsiębiorców zmaga się z poczuciem izolacji i samotności, trzydzieści jeden procent doświadcza wypalenia z powodu braku wsparcia ze strony przyjaciół i rodziny, a trzydzieści dziewięć procent uważa, że nie ma z kim porozmawiać o swoim stresie. Niemal połowa. Cztery na dziesięć przedsiębiorczyń, które mijasz na konferencji w foyer, czuje dokładnie to samo, co Ty o drugiej w nocy. Nie umawiają się na kawę, żeby o tym pogadać, bo wszystkie założyły, że one jedne to czują. goodreads
Co więcej, ta samotność ma konkretne, mierzalne konsekwencje. Skutki samotności i izolacji społecznej mogą być tak szkodliwe jak palenie piętnastu papierosów dziennie, a w badaniach łącznie samotność i izolacja zwiększają ryzyko przedwczesnej śmierci o dwadzieścia sześć procent. To nie jest temat „miękki”. To jest twardy, fizjologiczny temat zdrowotny, który dotyka kobiet w biznesie częściej, niż chciałybyśmy przyznać. goodreads
I jeszcze coś, co warto wiedzieć, zanim pomyślisz „przesadzasz”. W badaniu założycielek firm, jedna na siedem kobiet wskazała samotność i izolację jako swoje największe wyzwanie, a ponad ćwierć przyznała się do problemów ze zdrowiem psychicznym, w tym wypalenia i zwątpienia w siebie, a poziomy samotności były podobne wśród założycielek małych i większych firm, co pokazuje, że to problem systemowy, a nie typowy tylko dla wczesnej fazy startupu. To nie znika, gdy firma rośnie. Czasem jest wręcz odwrotnie. Im większą firmę prowadzisz, tym mniej osób na świecie rozumie, co konkretnie dźwigasz. Vantage Circle
Wspólny mianownik, którego nikt nie wypowiada na głos
Z dziesiątek rozmów, badań i tekstów rysuje się jeden wspólny wątek, który mnie samej dał ulgę, kiedy go zobaczyłam. Spróbuję go nazwać prosto.
Kobieta w biznesie często czuje, że ma zbyt wiele „ja” do utrzymania jednocześnie. Jest „ja” liderki, która ma być pewna, decyzyjna i widoczna. Jest „ja” partnerki albo żony, która ma być obecna, czuła i ciepła wieczorem. Jest „ja” matki, jeżeli ma dzieci, która ma pamiętać o wszystkim, od dentysty po ulubiony kolor bluzki w czwartek. Jest „ja” córki, jeżeli rodzice się starzeją. Jest „ja” przyjaciółki, która tłumaczy się z każdej nieoddzwonienia. I jest „ja” kobiety, która chciałaby też po prostu istnieć dla siebie, mieć ciało, hobby, własne myśli. Te wszystkie „ja” mają osobne zegary, osobne oczekiwania i osobne sumienia.
Mężczyzna w biznesie też ma swoje role, ale, mówiąc uczciwie, kultura pozwala mu znacznie częściej skoncentrować się na jednej z nich naraz. „Tata jest w pracy” jest zdaniem akceptowanym społecznie. „Mama jest w pracy” wciąż często wymaga tłumaczeń, planowania logistyki domowej z wyprzedzeniem i dorzucenia kogoś trzeciego, kto akurat dopilnuje.
Nazywa się to ukrytym obciążeniem psychicznym i nie jest naszą paranoją. Badanie z Uniwersytetu w Bath z dwa tysiące dwudziestego czwartego roku pokazało, że matki dźwigają aż siedemdziesiąt jeden procent zadań tworzących obciążenie psychiczne gospodarstwa domowego, takich jak planowanie, organizowanie, harmonogramowanie i przewidywanie potrzeb, podczas gdy ojcowie dźwigają czterdzieści pięć procent. Powtórzmy. Siedemdziesiąt jeden procent niewidzialnej pracy umysłowej w domu jest po stronie kobiet, niezależnie od tego, kto ile zarabia. SCORE
A teraz pomyśl, co to znaczy, jeżeli do tego dorzucisz prowadzenie firmy. Badania pokazują, że trzydzieści siedem procent kobiet przedsiębiorczyń dźwiga obciążenie psychiczne związane z domem głównie samodzielnie, jednocześnie prowadząc swoje firmy. Stąd bierze się ten dziwny stan, który dobrze opisuje jedna z autorek piszących o zdrowiu psychicznym kobiet w biznesie. Z zewnątrz wygląda to jak odporność, ale czasem to po prostu wyczerpanie ubrane w kompetentną twarz. To zdanie warto przeczytać dwa razy, bo bardzo wiele kobiet biznesu rozpozna w nim siebie i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. CoCountant Preferred CFO
Trudne pytania, które kobiety w biznesie zadają sobie po cichu
Zebrałam dla Ciebie listę pytań, które wracają najczęściej w rozmowach na boku, na drugiej kawie, gdy ktoś już sobie zaufa, albo w terapii. Nie po to, żeby Cię dobić, tylko żebyś zobaczyła, że nie jesteś sama z żadnym z nich.
- Czy ta firma daje mi już dziś takie życie, jakiego chciałam, czy ciągle czekam na „kiedy w końcu się ułoży”? Bo dwadzieścia trzy lata temu obiecałam sobie, że jak będę miała swoje, to będzie inaczej, a tymczasem pracuję więcej niż w korporacji, w której wytrzymywałam ostatnie miesiące, licząc dni do odejścia.
- Czy gdyby zniknął mój biznes, ktoś by mnie jeszcze chciał taką, jaka jestem teraz? Czy jest jeszcze pode mną kobieta, której nie zbudowałam wokół faktur, decyzji i kalendarza? Czy ja sama bym ją lubiła, gdybym ją dziś poznała na przyjęciu?
- Czy mam komu naprawdę powiedzieć, że jest mi ciężko, czy mam tylko ludzi, którym mogę powiedzieć „daję radę”? Z czyim numerem w telefonie spędziłabym dwie godziny w łazience na korytarzu w szpitalu, gdyby coś się stało, a nie chciałabym być sama?
- Czy moje dzieci, jeżeli je mam, pamiętają mnie z czegoś więcej niż „mama była w pracy”? A jeżeli ich nie mam, czy fakt, że ich nie mam, jest moim wyborem, czy konsekwencją tego, że nigdy nie udało mi się znaleźć na to miejsca w kalendarzu?
- Czy umiem już dziś przestać udowadniać sobie i innym, że dam radę, czy nadal jest we mnie ta dziewczyna, której ktoś kiedyś powiedział, że nie umie, i ona dalej toczy tę walkę, nieświadoma, że dawno wygrała?
- Czy zdrowie, które chowam pod „później do tego wrócę”, wróci do mnie tak, jak je zostawiam? Czy bóle pleców, ten brak snu, te ciągłe drobne infekcje to są ostrzeżenia, których nie chcę słyszeć?
- Czy ja w ogóle kogoś tu jeszcze mam jako mentorkę, koleżankę z branży, terapeutkę, czy zbudowałam tak wysoki sufit własnymi rękami, że nikt nade mną już nie sięga?
- Czy jeżeli przyznam teraz przed sobą, że jestem zmęczona, runie wszystko, czy może runie tylko to wyobrażenie o sobie, którego sama już nie udźwignę dłużej?
Każde z tych pytań ma swoją wagę. Żadnego nie wolno rzucać w czyjąś twarz na konferencji. Ale w środku każdej z nas, w nocy, te pytania chodzą. Czasem pojedynczo, czasem stadem. I to jest dokładnie to, co nas łączy, niezależnie od branży, etapu i wieku.
Dlaczego tak trudno o tym rozmawiać
Tu warto być uczciwą, bo bez zrozumienia mechanizmu nie da się go zmienić.
Po pierwsze, w marce osobistej kobiety biznesu wpisany jest często komunikat „daję radę”. To, co Cię budowało jako markę, w prywatnym życiu zaczyna Cię izolować. Im więcej pewności siebie pokazujesz na zewnątrz, tym dalej do Ciebie z prawdziwymi pytaniami. Ludzie zakładają, że taka kobieta jak Ty nie potrzebuje wsparcia, że pomocy szukają inni, a Ty jesteś tą, która jej udziela.
Po drugie, kulturowy strach przed słabością w biznesie. Z badania Inc. wynika, że 50% prezesów czuje się samotnych w swojej roli, a 61% uważa, że ta samotność szkodzi ich efektywności, bo istnieje presja, żeby wyglądać silnie i optymistycznie, co potrafi emocjonalnie izolować założycieli. Jeżeli przyznasz, że jest Ci ciężko, klient może się zastanowić, czy firma stoi mocno. Pracownice mogą zacząć się denerwować. Konkurencja może wyczuć krew. Więc się nie przyznajesz. A potem dziwi Cię, że czujesz się samotnie. MonitorDaily
Po trzecie, specyficzny rodzaj samotności kobiet, które przekroczyły pewien poziom. Im wyżej jesteś w biznesie, tym mniej kobiet w okolicy rozumie Twoje dylematy. Koleżanki z czasów liceum mają inny rytm życia. Pracownice są pracownicami, nie powiernicami. Mąż albo partner kocha Cię, ale jego problemy mają inną wagę. Mama Cię wspiera, ale nie do końca wie, co to znaczy „spotkanie z inwestorem”.
Po czwarte, jest też pułapka samej siebie. Tak długo budowałaś swoje „daję radę”, że nie wiesz, jak inaczej brzmieć. Próba powiedzenia czegoś szczerego brzmi w Twoich własnych uszach jak labilność, jak coś niegodnego kogoś, kto jest profesjonalistką. Więc się powstrzymujesz, dopisujesz w pamięci jeszcze jedną rzecz do udźwignięcia i idziesz spać. A w środę o drugiej w nocy znów się budzisz.
Co pomaga i jest sprawdzone
Tu byłoby najłatwiej napisać hasła w stylu „uważność, równowaga, balans”. I dokładnie po to napisałam tę sekcję, żeby tego uniknąć. Wymienię rzeczy, które działają, bo są niesymetryczne. Mają niski koszt wejścia i duży zwrot.
Jedna prawdziwa rozmowa na miesiąc. Nie kawa networkingowa, nie spotkanie zespołu, nie sesja masterminda. Jedna rozmowa z kobietą, z którą umawiasz się jasno, że nie ma cytatów na LinkedIn, nie ma morału, nie ma „a wiesz, mam dla ciebie kontakt”. Jest tylko prawdziwe pytanie „jak się masz” i prawdziwa odpowiedź. Z dziesiątek wywiadów wynika, że to ten jeden punkt w miesiącu trzyma wiele kobiet biznesu w pionie. Nie cztery, nie codziennie. Jedna miesięcznie wystarcza, żeby przestać czuć się obco we własnym życiu.
Terapia, ale wybrana dobrze. Nie z polecenia koleżanki, która ma inną sytuację. Terapia z osobą, która pracuje z przedsiębiorczyniami i rozumie, czym jest wyciąganie pensji ze swojego konta firmowego oraz co znaczy, że firma to też kawałek Twojej tożsamości. Terapia raz w tygodniu albo raz na dwa tygodnie jest jedną z najbardziej opłacalnych inwestycji, jakie kobieta biznesu może zrobić w samą siebie. Wiele założycielek dziś świadomie priorytetyzuje terapię, peer groups albo nawet nieformalne sesje pisania dziennika, żeby zrzucić ciężar i utrzymać grunt pod nogami. SCORE
Mały, zamknięty krąg rówieśniczy. Trzy, cztery kobiety z różnych branż, ale podobnego etapu firmy. Spotkania raz w miesiącu z jasną strukturą. Każda dostaje czas na powiedzenie, co ją gryzie, pozostałe słuchają i pytają, nie ratują. To dokładnie ten format, który Sheryl Sandberg spopularyzowała w ramach Lean In Circles. Daje to, czego nie da Ci żadne szkolenie. Poczucie, że jest kilka osób na świecie, które rozumieją Twoją rzeczywistość bez tłumaczenia.
Przyznanie, ile naprawdę robisz, sobie i bliskim. To bardzo prosta praktyka. Wypisz na kartce wszystko, co ogarniasz w głowie w ciągu tygodnia, łącznie z rzeczami niewidzialnymi. Dentysta dziecka, prezent dla teściowej, wybranie wakacji, urodziny dla księgowej, kwartalna inwentura w łazience, lekcja gry na pianinie. Pokaż tę listę osobie, z którą dzielisz życie, i porozmawiajcie szczerze o tym, co przesuwa się na drugą głowę. To rozmowa, której większość kobiet nigdy w życiu nie odbyła z partnerem, choć od niej zależy ich zdrowie psychiczne na kolejne dekady.
Outsourcing tego, co Cię wyczerpuje, jeszcze przed tym, co ekscytujące. Pierwsza pracownica nie musi być osobą do marketingu. Może być osobą, która sprząta, robi zakupy, ogarnia logistykę domu. Brzmi mniej seksownie niż dyrektorka kreatywna, ale dla bardzo wielu kobiet biznesu to jest decyzja, która zmienia jakość życia o kilkaset procent.
Stała pora na nic. Dwie godziny w tygodniu w kalendarzu, oznaczone jakkolwiek, byle nie do ruszenia. Nie joga, nie czytanie, nie spotkania, nie sport. Po prostu czas, którego nie planujesz. Brzmi banalnie, ale to jest jedna z rzeczy, które kobiety biznesu praktycznie wykasowały ze swojego życia, a której kompletny brak rozregulowuje wszystkie pozostałe.
Co nie pomaga, a wszyscy zalecają
Z uczciwości warto powiedzieć też to.
- Nie pomaga „zwolnić tempa”, jeżeli nie wiesz konkretnie, co znaczy zwolnić w Twojej sytuacji. To hasło bez treści. Pomaga konkret w stylu „zamykam telefon o dwudziestej drugiej i kładę go w drugim pokoju”.
- Nie pomaga „dbać o siebie” w sensie weekend w spa raz na pół roku, jeżeli przez resztę roku nie śpisz po sześć godzin. To plaster na ranę postrzałową.
- Nie pomaga rozmowa z kimś, kto Cię ocenia. Lepiej rozmawiać z nikim niż z kimś, kto na każde Twoje „jest mi ciężko” odpowiada „a może powinnaś inaczej zarządzać czasem”.
- Nie pomaga lektura kolejnych poradników, które obiecują, że wystarczy zmienić jedno przyzwyczajenie poranne, żeby życie kobiety biznesu rozkwitło. Rozkwita po pracy systemowej, nie po jednym śniadaniu z białkiem.
- Nie pomaga ukrywać tego dłużej. Bo to, co próbujesz utrzymać w środku, w pewnym wieku zaczyna wypływać przez ciało. I wtedy słyszy się to od lekarza, nie od koleżanki.
Najważniejsze, na koniec
Wróćmy do tej środowej drugiej w nocy. Ty na plecach, sufit, ciche pytania. Teraz wyobraź sobie, że w tej samej chwili, w tysiącu polskich domów, leży tysiąc innych kobiet biznesu, każda z tymi samymi pytaniami, każda z poczuciem, że tylko ona to czuje. Tysiąc pojedynczych samotności w jednej zbiorowej, niewidzianej samotności.
Wspólny mianownik kobiet biznesu nie jest taki, że wszystkie jesteśmy silne, ambitne i inspirujące, choć jesteśmy. Wspólny mianownik jest taki, że wszystkie nosimy w sobie pytania, których nie zadałyśmy na głos, i zmęczenie, którego nie wpisałyśmy na slajd. Ten wspólny mianownik nie jest słabością. Jest po prostu prawdą, której nasza kultura biznesu długo nie chciała zobaczyć.
Dobra wiadomość jest taka, że ten mianownik można zamienić w siłę, ale tylko wtedy, gdy przestaniemy każda z osobna udawać, że nas to nie dotyczy. Jedna prawdziwa rozmowa miesięcznie. Jeden zamknięty krąg trzech kobiet. Jedna terapeutka, która rozumie kontekst. Jedna rozmowa w domu o tym, kto naprawdę nosi co. Jedna godzina w tygodniu, w której jesteś tylko sobą, a nie żadną ze swoich ról.
Tysiąc kobiet w nocy patrzy dziś w sufit. Jutro spotkasz kilka z nich w pracy. Nie poznasz, która. Możesz jedynie założyć, że któraś z nich na pewno jest tą jedną, i powiedzieć trochę cieplej „dzień dobry”. Ostatnio robi to ze sobą za mało kobiet. A właśnie z tego rodzą się te środowe noce, które żadnej z nas nie służą.
Trudne pytania zostaną z nami. Nie znikną, nie wyłączysz ich, nie zamkniesz w szufladzie. Ale można je nieść w grupie zamiast w pojedynkę. I dokładnie to jest tym jednym, co naprawdę zmienia wszystko.
Materiał przygotowała Agnieszka Marzęda

