Świat przyspieszył, więc ja też. Agnieszka Marzęda o ciekawości, która napędza do działania i nie pozwala stać w miejscu
Są osoby, które idą jedną, jasno wyznaczoną ścieżką. I są takie, które budują ją w ruchu, krok po kroku, łącząc różne światy, doświadczenia i role. Dr Agnieszka Marzęda zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.
Wykładowczyni Uniwersytetu Warszawskiego, ekspertka w obszarze komunikacji, marketingu i public relations, od lat związana z edukacją i branżą wydawniczą. Jednocześnie osoba, która nie zatrzymuje się na tym, co już zna. Szuka, testuje, sprawdza. Dziś szczególnie w obszarze nowych technologii i sztucznej inteligencji, które coraz mocniej wpływają na sposób, w jaki pracujemy i komunikujemy się. Łączy świat akademicki z praktyką. Pracuje ze studentami, firmami, instytucjami i organizacjami non-profit. Swoimi działaniami wspiera również społeczność LBC. Uczy innych, ale też nieustannie uczy się sama. I jak mówi, żeby nadążyć za zmianą, trzeba czasem po prostu przyspieszyć.
Rozmawiamy o pracy, która nie mieści się w jednej roli, o ciekawości, która napędza i nie pozwala stać w miejscu, oraz o tym, dlaczego dziś ważniejsze niż kiedykolwiek jest, żeby się nie zatrzymywać.
Emilia Bartosiewicz-Brożyna: Jesteś wykładowczynią Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzisz zajęcia także na Uniwersytecie Otwartym UW i ALK, jednocześnie działasz bardzo aktywnie poza uczelnią. Gdzie dziś kończy się dla Ciebie rola akademicka, a zaczyna praktyka?
Agnieszka Marzęda: To pytanie jest trochę podchwytliwe, bo sugeruje, że istnieje wyraźna granica. A u mnie jej po prostu nie ma.
Praca akademicka i praktyka zawodowa to dla mnie jeden, spójny ekosystem. Na uczelni uczę komunikacji, marketingu, public relations czy e-biznesu, ale nie w oderwaniu od rzeczywistości. Każdy temat, który pojawia się na zajęciach, ma swoje odzwierciedlenie w projektach, które realizuję z firmami, organizacjami czy w ramach własnych inicjatyw. I odwrotnie, to co dzieje się w praktyce, natychmiast wraca do sali dydaktycznej.
Dzięki temu nie funkcjonuję w modelu „najpierw teoria, potem życie”, tylko raczej w ciągłym przepływie doświadczeń. Studenci dostają aktualną wiedzę, osadzoną w realnych case’ach, a ja mam możliwość na bieżąco weryfikować to, co działa, a co jest już tylko ładnie opisaną koncepcją w podręczniku. Uniwersytet daje mi przestrzeń do refleksji, porządkowania wiedzy i prowadzenia badań, natomiast współpraca z rynkiem wymusza tempo, decyzyjność i konkret. Jedno bez drugiego byłoby niepełne. Sama teoria bardzo szybko się dezaktualizuje, a sama praktyka, bez zaplecza analitycznego, bywa chaotyczna.
Dlatego nie rozdzielam tych ról. Jestem w nich jednocześnie i świadomie je łączę. I mam wrażenie, że właśnie w tym miejscu powstaje największa wartość.
EBB: Masz ponad 20 lat doświadczenia w branży wydawniczej i komunikacyjnej. Co z tej drogi najbardziej ukształtowało Twoje podejście do pracy i ludzi?
AM: Najbardziej ukształtowało mnie to, że przeszłam tę drogę od środka, a nie tylko z poziomu strategii czy zarządzania. Zaczynałam od bardzo operacyjnych rzeczy, pracy przy publikacjach, współpracy z redakcjami, kontaktów z dziennikarzami. Później dochodziły kolejne poziomy odpowiedzialności, kampanie, projekty, zarządzanie, decyzje, które miały realne konsekwencje. To doświadczenie nauczyło mnie pokory wobec procesu. Nic nie dzieje się „samo”, za każdą dobrze zrealizowaną komunikacją stoi konkretna praca, często niewidoczna na pierwszy rzut oka
Druga rzecz to ludzie. Przez te lata pracowałam z bardzo różnymi środowiskami, od dziennikarzy, przez managerów, po organizacje i instytucje. To szybko uczy, że komunikacja to nie są narzędzia, tylko relacje. Można mieć najlepszą strategię, ale jeśli nie rozumie się drugiej strony, to ona po prostu nie zadziała.
I trzecia rzecz, chyba najważniejsza, to elastyczność. Branża komunikacji i wydawnictw zmieniła się diametralnie. Przejście od mediów tradycyjnych do cyfrowych, rozwój e-commerce, nowe narzędzia, platformy, dziś AI. Jeśli ktoś nie uczy się na bieżąco, to bardzo szybko wypada z obiegu. Dla mnie to oznaczało konieczność ciągłego aktualizowania wiedzy i gotowości do zmiany podejścia.
Dzięki temu dziś patrzę na pracę procesowo, a na ludzi bardzo indywidualnie. I wiem jedno, rzeczy, które działają, rzadko są przypadkowe.
EBB: W ostatnim czasie otrzymałaś wyróżnienie od Rektora Uniwersytetu Warszawskiego oraz zostałaś laureatką konkursu Lwy PR w kategorii edukacja. Co to dla Ciebie znaczy?
AM: To są momenty, które bardzo mnie napędzają. Nie traktuję nagród jako celu samego w sobie, ale jako coś, co daje mi sygnał, że to, co robię, jest zauważane i potrzebne. I że kierunek, który wybrałam, jest właściwy.
To jest dla mnie duża motywacja do dalszego działania. Taki moment, w którym na chwilę się zatrzymuję i myślę „ok, idę dalej”, bo na co dzień pracuję intensywnie, często bez spektakularnych efektów widocznych na zewnątrz, więc takie wyróżnienia mają też wymiar bardzo osobisty. Nie są niezbędne, bo i tak robiłabym swoje, jednak dają ogromną energię. I zdecydowanie utwierdzają mnie w tym, że warto dalej iść tą drogą i robić swoje tak, jak do tej pory.
I chyba jeszcze ważniejsze jest dla mnie to, że mam wokół siebie ludzi, którzy we mnie wierzą. Dają mi zielone światło do działania, popychają mnie w nowe, często zupełnie nieznane obszary. To sprawia, że wiele rzeczy, które na początku wydają się trudne, po prostu przestaje być niemożliwe. Czasem trzeba nad nimi tylko trochę dłużej popracować.
A jeśli chodzi o rozwój naukowy, traktuję to jako proces. Dziś mam tytuł doktora, ale to nie jest dla mnie punkt końcowy. Raczej etap, po którym naturalnie pojawia się apetyt na więcej – i oczywiście pojawia się pytanie nie „czy” tylko „kiedy” 😊
EBB: Prowadzisz szkolenia dla firm, instytucji i organizacji non-profit. Czy praca z tymi trzema światami różni się bardziej niż mogłoby się wydawać?
AM: Różni się, i to bardziej, niż większość osób zakłada na początku. Na poziomie deklaracji wszystkie te środowiska mówią o komunikacji, strategii, odbiorcach czy efektywności. Natomiast w praktyce różnią się kontekstem działania, tempem podejmowania decyzji i tym, co jest uznawane za priorytet.
W firmach bardzo wyraźnie widać orientację na wynik, skalowanie działań i optymalizację. Tam komunikacja jest bezpośrednio powiązana z celami biznesowymi, a decyzje muszą być szybkie i oparte na danych. To środowisko wymusza konkret i dużą selekcję działań. Instytucje publiczne i administracja funkcjonują inaczej. Tu dochodzą procedury, odpowiedzialność za komunikację wobec różnych grup społecznych i często wieloetapowe procesy decyzyjne. W pracy z urzędami czy administracją uczelnianą bardzo wyraźnie widać, jak duże znaczenie ma precyzja komunikatu i świadomość konsekwencji każdego działania. Z kolei organizacje non-profit to zupełnie inna dynamika. Bardzo często stoją za nimi ogromne zaangażowanie i wartości, ale jednocześnie ograniczone zasoby. Komunikacja musi być przemyślana i oszczędna, a jednocześnie angażująca. Tu ogromną rolę odgrywa autentyczność i zaufanie.
Do tego dochodzi jeszcze obszar, który jest dla mnie szczególnie ważny, czyli szkolenia dla wykładowców, pracowników administracji i różnych instytucji. I tu pojawia się coś, co często jest niedoceniane, czyli praca u podstaw.
Bardzo wiele rzeczy, które dla osób zajmujących się komunikacją zawodowo wydają się oczywiste, dla innych są zupełnie nowe. Proste działania, jak uporządkowanie komunikatu, świadome użycie narzędzia, czy nawet samo nazwanie tego, co się robi, potrafią przełamać ogromną barierę. Często jest to bariera technologiczna, ale jeszcze częściej mentalna.
Widzę to szczególnie w pracy z osobami, które nie funkcjonują na co dzień w świecie marketingu czy nowych technologii. Tam nie chodzi tylko o przekazanie wiedzy, ale o zbudowanie poczucia, że można z tych narzędzi korzystać, że nie są one zarezerwowane dla „specjalistów”. Dlatego ta praca u podstaw ma ogromne znaczenie. Ona nie jest spektakularna, ale bardzo często decyduje o tym, czy ktoś w ogóle zacznie działać. A moment, w którym ktoś przechodzi od „to nie dla mnie” do „spróbuję”, jest jednym z najważniejszych w całym procesie.
EBB: Twoja działalność naukowa dotyczy m.in. komunikacji i media relations. Na ile teoria nadal nadąża za tym, co dzieje się dziś w praktyce komunikacyjnej?
AM: Teoria próbuje nadążać, ale nie zawsze jest w stanie robić to w tym samym tempie, co praktyka. I to nie wynika ze słabości nauki, tylko z jej natury. Badania wymagają czasu, metodologii, weryfikacji. Tymczasem komunikacja, szczególnie w środowisku cyfrowym, zmienia się niemal w czasie rzeczywistym. Dlatego dla mnie kluczowe jest łączenie tych dwóch porządków. Z jednej strony prowadzę zajęcia i pracuję badawczo, z drugiej funkcjonuję w środowisku, które podlega ciągłym zmianom. To pozwala mi nie tylko obserwować zjawiska, ale też je analizować i nazywać.
Dobrym przykładem jest obszar, którym się obecnie zajmuję badawczo, czyli wpływ nowych technologii, w tym sztucznej inteligencji, na procesy tworzenia treści i autorstwo. Przygotowuję projekt w ramach grantu NCN Miniatura, który ma na celu pogłębienie tych zagadnień w sposób uporządkowany metodologicznie.
Mówiąc najprościej, chodzi o odpowiedź na pytanie, kto dziś jest autorem treści. Czy jest nim człowiek, który inicjuje proces, narzędzie, które generuje tekst, czy może mamy do czynienia z nowym, hybrydowym modelem współtworzenia. W praktyce coraz częściej obserwujemy sytuacje, w których granica między twórcą a narzędziem zaczyna się rozmywać.
To rodzi bardzo konkretne konsekwencje. Z jednej strony prawne, związane z prawami autorskimi i odpowiedzialnością za treść. Z drugiej strony komunikacyjne i społeczne, dotyczące wiarygodności, transparentności i zaufania do publikowanych materiałów.
I właśnie w takich obszarach teoria jest szczególnie potrzebna. Nie po to, żeby spowalniać rozwój, ale żeby go rozumieć, porządkować i wskazywać możliwe kierunki interpretacji. Osobiście nie traktuję teorii jako czegoś oderwanego od praktyki. Raczej jako narzędzie, które pozwala zrozumieć, co się właściwie dzieje, kiedy wszystko wokół zmienia się bardzo szybko.
EBB: Łączysz marketing, public relations, e-biznes i self-publishing. Czy to dziś jeden obszar, czy nadal kilka odrębnych światów?
AM: Łączenie marketingu, public relations, e-biznesu i self-publishingu to dziś w dużej mierze jeden ekosystem, ale nadal z wyraźnymi różnicami na poziomie kompetencji i sposobu myślenia.
Z perspektywy rynku te obszary zaczęły się przenikać. Komunikacja marki, dystrybucja treści, budowanie relacji z odbiorcą i sprzedaż funkcjonują równolegle i często w tych samych kanałach. Trudno dziś mówić o marketingu bez kontekstu PR albo o publikowaniu treści bez myślenia o ich widoczności i dystrybucji. Natomiast z perspektywy pracy nadal są to różne warstwy. Public relations koncentruje się na relacjach i reputacji, marketing na efektywności działań i realizacji celów, e-biznes wprowadza wymiar technologiczny i operacyjny, a self-publishing dokłada do tego jeszcze pełną odpowiedzialność za proces tworzenia i publikacji.
I właśnie self-publishing bardzo dobrze pokazuje, jak te obszary się łączą. Autor przestaje być wyłącznie twórcą treści. Staje się jednocześnie wydawcą, strategiem komunikacji, osobą odpowiedzialną za promocję i często również za sprzedaż. To wymaga zupełnie innego podejścia niż w tradycyjnym modelu wydawniczym. Zdecydowanie nie traktuję tych obszarów jako oddzielnych specjalizacji, tylko jako zestaw kompetencji, które trzeba umieć łączyć w zależności od projektu. Czasem dominują kwestie wizerunkowe, czasem sprzedażowe, a czasem kluczowy jest sam proces tworzenia i publikacji.
Największym wyzwaniem nie jest dziś dostęp do narzędzi, tylko umiejętność ich sensownego wykorzystania w spójnej strategii. I to jest dokładnie ten punkt, w którym wszystkie te obszary spotykają się w praktyce.
EBB: Rozwijasz projekty związane z nowymi technologiami i sztuczną inteligencją, także ze studentami. Co najbardziej Cię w tym obszarze fascynuje, a co budzi niepokój?
AM: Nowe technologie zawsze mnie interesowały, ale sztuczna inteligencja wprowadziła zupełnie nowy poziom zmiany. Nie tylko w narzędziach, ale w sposobie myślenia o pracy, twórczości i komunikacji. To, co jest dla mnie szczególnie ważne, to praca z tym tematem w środowisku akademickim. Na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW prowadzę działania związane z wykorzystaniem AI razem ze studentami, m.in. w ramach Koła Naukowego AI Explorers. To nie jest tylko przestrzeń do rozmów o technologii, ale realna praca projektowa, testowanie narzędzi, analizowanie ich zastosowań w mediach, komunikacji i biznesie. Równolegle pracuję z zespołem badawczym, który również tworzą studenci. To dla mnie bardzo ważny element, bo pozwala spojrzeć na technologię z różnych perspektyw. Studenci często widzą rzeczy szybciej, intuicyjnie, bez obciążeń, które ma praktyka zawodowa. Z kolei ja wnoszę do tego kontekst, doświadczenie i uporządkowanie metodologiczne. To bardzo dobre połączenie.
Jeśli chodzi o samą sztuczną inteligencję, fascynuje mnie przede wszystkim jej wpływ na procesy tworzenia treści i komunikacji. To, że dziś możemy generować teksty, obrazy czy analizy w bardzo krótkim czasie, zmienia sposób pracy niemal w każdej branży. Ale jednocześnie wymaga zupełnie nowych kompetencji. Krytycznego myślenia, umiejętności oceny jakości, rozumienia kontekstu.
Z drugiej strony pojawiają się też wyzwania. W środowisku akademickim bardzo wyraźnie widać pytania o etykę, autorstwo, wiarygodność. Gdzie kończy się wsparcie narzędzia, a zaczyna utrata kontroli nad procesem. Jak oceniać pracę, która została częściowo wygenerowana. Jak uczyć, żeby nie blokować technologii, ale jednocześnie nie upraszczać procesu myślenia.
Nie traktuję AI ani jako zagrożenia, ani jako rozwiązania wszystkiego. To jest narzędzie o ogromnym potencjale, ale wymagające świadomego użycia. I właśnie to staram się pokazywać zarówno w pracy ze studentami, jak i w działaniach badawczych.
EBB: Jesteś osobą bardzo aktywną zawodowo i zaangażowaną w wiele inicjatyw. Jak w tym wszystkim wygląda Twoja codzienność prywatna jako żony i mamy?
AM: Uwielbiam moją pracę i nie bywam nią nigdy zmęczona, co oczywiście bardzo upraszcza wiele rzeczy. Kontakt z ludźmi, niezależnie od tego, czy to są studenci, uczestnicy szkoleń czy osoby z biznesu, daje mi ogromną energię. Ja się po prostu nie męczę tym, że jestem „wśród ludzi”. Wręcz przeciwnie.
Jeśli chodzi o życie prywatne, to ono też jest dość specyficzne, bo ja nie mam takiego klasycznego podziału na „pracuję” i „odpoczywam”. Bardzo często odpoczywam… siedząc przy komputerze. Myszkuję po internecie, sprawdzam nowe narzędzia, testuję różne rozwiązania. A jak już naprawdę mam czas, to uczę się czegoś nowego. Taki mam reset.
Moje córki są już na zupełnie innym etapie. Starsza studiuje za granicą, młodsza jest w liceum, więc to nie jest już moment, w którym potrzebują mnie non stop. To się naturalnie zmienia i daje mi więcej przestrzeni, ale też ogromną satysfakcję, bo widzę ich samodzielność.
Mój mąż jest informatykiem, więc temat technologii i AI mamy właściwie wpisany w codzienność. I to jest świetne, bo nie muszę tłumaczyć, dlaczego coś mnie interesuje albo dlaczego znowu „siedzę przy komputerze”. Bardzo często spędzamy czas obok siebie, każde przy swoim ekranie, ale w tym samym rytmie i z podobnym podejściem. Dla nas to jest wspólny czas, nie jego brak. Lubimy też razem podróżować, zmieniać otoczenie, pobyć poza tym codziennym rytmem. Ale kluczowe jest jednak to, że mamy podobne podejście do życia. Dużo działania, dużo ciekawości i zero potrzeby tłumaczenia się z tego, że ktoś z nas „znowu coś robi” – dzięki temu wszystko jakoś się spina, nawet jeśli z zewnątrz wygląda to momentami jak totalny chaos.
EBB: Masz też mniej oczywiste pasje – od motoryzacji i designu po gokarty. Skąd to zainteresowanie i czy wpływa ono na Twoją pracę zawodową?
AM: To akurat nie wzięło się znikąd, tylko bardzo konkretnie z domu. Mój tata jest dziennikarzem motoryzacyjnym, więc ja od zawsze byłam „gdzieś obok”. Jeździłam z nim, obserwowałam, słuchałam rozmów, poznawałam to środowisko od kulis. To nie był dla mnie zamknięty świat, tylko coś zupełnie naturalnego. Później przeszło to w coś więcej, bo zaczęliśmy wspólnie prowadzić wydawnictwo motoryzacyjne. I to już był bardzo konkretny etap, praca, projekty, odpowiedzialność. Pracowałam w redakcji, testowałam samochody, brałam udział w wydarzeniach branżowych, poznawałam ludzi, którzy dla wielu są absolutnymi ikonami. Giorgetto Giugiaro, Michael Schumacher, Sébastien Loeb. To są spotkania, które zostają na zawsze i które pokazują, jak wygląda ta branża od środka, nie tylko przez pryzmat mediów.
Naturalnie pojawił się też design. Przez długi czas prowadziliśmy Design Forum, czyli klub dla młodych rysowników samochodów. To było niesamowite doświadczenie, bo obserwowaliśmy ludzi, którzy dopiero zaczynali, a dziś pracują w największych ośrodkach designu na świecie. Z częścią z nich nadal mam kontakt, co jest dla mnie ogromną wartością.
Do dziś jestem też sekretarzem Car of the Year Polska. To rola organizacyjna, ale też bardzo bliska środowisku. Współpraca z dziennikarzami, koordynacja działań, kontakt z branżą motoryzacyjną na wysokim poziomie. To pokazuje, jak bardzo ten świat jest nadal częścią mojego życia.
Czy to wpływa na moją pracę? Bardzo. Motoryzacja nauczyła mnie myślenia projektowego, patrzenia na detale, rozumienia procesu powstawania produktu, ale też pracy z wymagającym środowiskiem. Design z kolei wyostrzył wrażliwość na komunikację wizualną i estetykę.
Natomiast dziś nic nie przebija mojej ciekawości związanej ze sztuczną inteligencją. To jest dla mnie obszar, który daje podobne emocje jak kiedyś motoryzacja. Nowość, tempo zmian, poczucie, że coś się właśnie tworzy na naszych oczach. I to mnie w tym momencie najbardziej wciąga.
EBB: Patrząc na Twoją ścieżkę – bardzo szeroką, wielowątkową i intensywną – co jest dziś dla Ciebie najważniejsze: rozwój, wpływ czy może jeszcze coś innego?
AM: To chyba nie jest już wybór między rozwojem a wpływem. Dla mnie to się w pewnym momencie po prostu połączyło. Przez wiele lat moja praca wyglądała zupełnie inaczej. Siedziałam za biurkiem, składałam książki, gazety, materiały. To była bardzo konkretna, techniczna praca, wymagająca precyzji, cierpliwości i ogromnej uważności na detal. I ona mnie bardzo dużo nauczyła, bo pokazała, jak wygląda proces od środka, jak powstaje publikacja, jak wiele elementów musi zagrać, żeby efekt końcowy był dobry.
Ale świat się zmienił. I to bardzo szybko.
Dzisiaj mam pełną świadomość, że jeśli chcę nadążać, to nie mogę zostać w tym miejscu, w którym byłam kiedyś. Muszę przyspieszyć. Uczyć się, aktualizować wiedzę, sprawdzać nowe narzędzia, rozumieć zmiany, które dzieją się w komunikacji i technologii. To nie jest już kwestia wyboru, tylko konieczność.
Z jednej strony mam bardzo szerokie doświadczenie, które obejmuje różne obszary, od wydawnictw, przez marketing i PR, po e-biznes i nowe technologie. Z drugiej strony wiem, że sam zakres kompetencji to za mało, jeśli nie idzie za nim ciągły rozwój. Dzisiaj szczególnie widać, jak szybko dezaktualizuje się wiedza – dlatego rozwój jest dla mnie czymś naturalnym. Ale równie ważne jest dla mnie to, żeby tę wiedzę przekazywać dalej. Nie tylko w formie zajęć czy szkoleń, ale też w codziennych rozmowach, projektach, współpracy z ludźmi.
Mam świadomość, że poruszam się w bardzo wielu obszarach i korzystam z bardzo szerokiego zestawu narzędzi. I nie chodzi o to, żeby „wiedzieć wszystko”, tylko żeby umieć to sensownie łączyć i wykorzystywać. I tego właśnie staram się uczyć innych.
Bardzo zależy mi na tym, żeby zaszczepiać ciekawość. Pokazywać, że można, że warto próbować, że nie trzeba być ekspertem od razu. Czasem wystarczy pierwszy krok, żeby wejść w nowy obszar. Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, która jest dziś dla mnie najważniejsza, to byłaby to właśnie ta równowaga. Ciągłe uczenie się i jednoczesne dzielenie się tym, co już wiem. Bo jedno bez drugiego traci sens.
EBB: Mówisz o sobie, że lubisz nowe technologie, ale jednocześnie boisz się latania. Jak radzisz sobie z rzeczami, które są poza Twoją strefą komfortu?
Jestem zdecydowanie istotą naziemną. I mówię to zupełnie serio 😊
Latanie to tylko jeden z przykładów. Generalnie boję się wszystkiego, na co nie mam wpływu. I mam pełną świadomość, że to jest pewien paradoks, bo przecież wiele rzeczy w życiu jest nieprzewidywalnych, nawet jeśli nam się wydaje, że mamy nad nimi kontrolę. Myślę, że to wynika właśnie z potrzeby rozumienia i panowania nad sytuacją. W pracy mam wpływ. Mogę coś zaplanować, przeanalizować, sprawdzić, poprawić. W technologii też, nawet jeśli coś jest nowe, to jestem w stanie to rozłożyć na czynniki pierwsze i się tego nauczyć, natomiast w sytuacjach, w których oddaję kontrolę, jak właśnie latanie, pojawia się dyskomfort. I to jest coś, z czym się nie „walczy” jedną decyzją.
Jak sobie z tym radzę? Raczej przez oswajanie niż przez przełamywanie na siłę, chociaż i tak bywa. Nie udaję, że się nie boję, tylko próbuję zrozumieć, skąd to się bierze. Czasem pomagam sobie racjonalizacją, czasem po prostu akceptuję, że tak mam. I co ciekawe, to doświadczenie bardzo przekłada się na pracę z ludźmi. Bo widzę, jak często strach przed nowym, przed technologią, przed zmianą działa dokładnie tak samo. To nie jest brak kompetencji, tylko brak poczucia kontroli. Dlatego zamiast mówić „to jest proste”, wolę pokazać, że można się tego nauczyć krok po kroku, bez udawania, że wszystko jest łatwe.
Bo w gruncie rzeczy każdy z nas ma jakieś swoje „latanie”. Tylko w różnych obszarach życia.
EBB: Jesteś osobą, która nieustannie się uczy i działa w wielu obszarach jednocześnie. To bardziej potrzeba, ambicja czy po prostu naturalny sposób funkcjonowania?
AM: To raczej sposób funkcjonowania niż świadoma decyzja podjęta w którymś momencie. Ja po prostu tak mam, że jeśli coś mnie zainteresuje, to chcę to zrozumieć. Nie powierzchownie, tylko naprawdę wejść w temat. I to automatycznie prowadzi do tego, że tych obszarów robi się dużo, bo świat nie jest podzielony na wygodne kategorie. Wszystko się ze sobą łączy. Ja po prostu nie umiem robić jednej rzeczy. Próbowałam. Naprawdę. I kończyło się tym, że po chwili zaczynałam się rozglądać, co jeszcze można zrobić, czego jeszcze nie wiem, co można poprawić, rozwinąć, sprawdzić.
Oczywiście jest w tym też element ambicji, ale nie w takim klasycznym rozumieniu „muszę więcej, szybciej, dalej”. Bardziej w sensie wewnętrznej potrzeby, żeby nie stać w miejscu. Mam bardzo niski próg nudy. Jeśli coś zaczyna być przewidywalne, to automatycznie szukam kolejnego poziomu: nowego narzędzia, nowego obszaru, nowego kontekstu. I to się samo napędza – stąd idealną pracą jest praca z ludźmi, którzy są zaskakujący, fascynujący i często, i tu pytanie czy to dobrze czy źle, nieprzewidywalni.
Uczenie się daje mi poczucie ruchu. I nie chodzi tu jedynie o wiedzę teoretyczną, ale też o narzędzia, rozwiązania, sposoby pracy. Szczególnie teraz, kiedy tempo zmian jest ogromne, to właściwie jedyny sposób, żeby być na bieżąco. Kiedy się starzejesz? Wtedy, kiedy przestajesz się uczyć – i to chyba jest dzisiaj moje życiowe motto.
Z drugiej strony mam świadomość, że taka wieloobszarowość może być trudna. Wymaga dobrej organizacji, selekcji i czasem odpuszczania rzeczy, które też są ciekawe. Nie da się zrobić wszystkiego. Nie postrzegam tego jednak jako ciężaru, a raczej jako coś, co mnie definiuje. Ciekawość świata, ludzi, nowych rozwiązań. To się potem naturalnie przekłada na to, jak pracuję i jak uczę innych.
Gdybym miała to podsumować, to powiedziałabym, że to nie jest ani wyłącznie potrzeba, ani wyłącznie ambicja. To jest po prostu mój naturalny tryb działania.
EBB: Gdybyś miała wskazać jedną rzecz, której nauczyłaś się o ludziach dzięki swojej pracy – co by to było?
AM: To, że większość ludzi ma dużo większy potencjał, niż sama zakłada. Tylko bardzo często coś ich blokuje. I to rzadko jest brak kompetencji. Znacznie częściej to jest brak pewności siebie, strach przed oceną albo przekonanie, że „to nie dla mnie”. Widzę to na zajęciach, na szkoleniach, w pracy projektowej. Osoby, które na początku mówią, że nie potrafią, po chwili robią rzeczy, których same się po sobie nie spodziewały.
Druga rzecz, której się nauczyłam, to to, jak bardzo ludzie potrzebują zrozumienia, a nie oceniania. Kiedy ktoś trafia na przestrzeń, w której może spróbować bez presji, bez natychmiastowej krytyki, zaczyna działać zupełnie inaczej.
Ale jednocześnie mam też drugą stronę tego doświadczenia, bardziej prywatną. Nie znoszę obłudy i niedomówień. Zdecydowanie bliżej mi do komunikacji wprost, nawet jeśli bywa to niewygodne. Jestem raczej typem zero jeden. Czasem szybciej coś powiem, niż zdążę to przemyśleć. Uczę się to kontrolować, coraz częściej coś przemilczę, ale nie zawsze wychodzi idealnie – co oczywiście nie jest cechą, która automatycznie buduje szerokie grono znajomych. Raczej odwrotnie. Ale z drugiej strony daje dużą spójność w relacjach, bo ludzie wiedzą, na czym stoją.
I jeszcze jedna obserwacja. Niezależnie od tego, czy pracuję ze studentami, kadrą akademicką, biznesem czy organizacjami, mechanizmy są bardzo podobne. Te same obawy, te same blokady, ale też ta sama ciekawość i potrzeba rozwoju. Dlatego patrzę na ludzi przede wszystkim przez pryzmat możliwości. Bo bardzo często problemem nie jest brak umiejętności, tylko moment, w którym ktoś jeszcze nie dostał przestrzeni, żeby je uruchomić.
Najbardziej zależy mi na tym, żeby nie stać w miejscu, tylko iść dalej, uczyć się, sprawdzać, doświadczać i przy okazji pokazywać innym, że też mogą – na swoich zasadach, w swoim tempie i bez przekonania, że coś jest „nie dla nich”.
Dziękujemy za rozmowę i inspirującą, bardzo szczerą perspektywę.
Historia Agnieszki pokazuje, że nie trzeba wybierać jednej drogi, żeby działać konsekwentnie. Czasem to właśnie różnorodność doświadczeń, ciekawość i gotowość do zmiany tworzą najbardziej spójną całość. Bo w świecie, który nieustannie przyspiesza, największą wartością staje się nie tylko wiedza, ale umiejętność ciągłego uczenia się i odwagi, by iść dalej – nawet wtedy, gdy nie wszystko jest jeszcze do końca oczywiste.
Życzymy, żeby ta ciekawość dalej prowadziła Cię w nowe obszary, a energia do działania ani na chwilę nie zwalniała.
Rozmowę przeprowadziła Emilia Bartosiewicz-Brożyna
Więcej o Agnieszce Marzędzie znajdziesz >>>TUTAJ

