Książki, które nie ścigają się z trendami. Marika Krajniewska o wydawaniu i pracy z ludźmi.

Rynek wydawniczy coraz częściej podąża za przewidywalnością, szybką sprzedażą i powtarzalnymi formatami. W tym krajobrazie decyzja o pracy poza mainstreamem staje się nie tylko wyborem estetycznym, ale także strategicznym i etycznym. Wydawanie książek, które nie są „dla wszystkich”, wymaga konsekwencji, cierpliwości i bardzo jasnego rozumienia własnych wartości.

Książki, które nie ścigają się z trendami. Marika Krajniewska o wydawaniu i pracy z ludźmi.

Marika Krajniewska, wydawczyni, autorka i założycielka Wydawnictwa Papierowy Motyl, od piętnastu lat buduje przestrzeń dla literatury, która wspiera dobrostan czytelnika i daje głos autorom spoza komercyjnej bańki. Jako mentorka i trenerka zmiany łączy doświadczenie wydawnicze z pracą nad świadomością, motywacjami i strategiami rozwoju zarówno w biznesie, jak i w pracy indywidualnej. W rozmowie opowiada o świadomym budowaniu rynku wydawniczego, relacji z autorami, pracy z ludźmi poprzez narzędzia narracyjne oraz o tym, dlaczego czasem najważniejszą decyzją jest wybór drogi, która nie musi podobać się wszystkim.

Agnieszka Marzęda: Papierowy Motyl istnieje na rynku od piętnastu lat i od początku idzie własną drogą. Co było najtrudniejsze w decyzji, by nie wpisywać się w mainstream rynku wydawniczego?

Marika Krajniewska: Najtrudniejsze było to, że ja w ogóle nie miałam poczucia, że dokonuję jakiejkolwiek decyzji „przeciwko” czemuś. Idąc własną ścieżką, nie wiedziałam, że wybieram drogę poza mainstreamem. Wydawało mi się zupełnie naturalne, że książki, które tworzę i które wydaję – zarówno swoje, jak i innych autorów – są po prostu książkami. Nie „inne”, nie niszowe, nie alternatywne. W moim rozumieniu świat literacki nie był podzielony na lepszy i gorszy obieg; istniały gatunki, wrażliwości, różne potrzeby czytelników, ale nie hierarchie wartości.

Zderzenie z rzeczywistością przyszło szybko i było dość bolesne. Pamiętam rozmowę z panią z Empiku, która poinformowała mnie – ze smutkiem i jakąś trudną do pomyślenia odrazą w głosie – że Papierowy Motyl to „literatura piękna”. To określenie nie padło jako neutralna kategoria, lecz jako etykieta wykluczająca, sygnał: „to się nie sprzeda”, „to nie dla mas”. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, że istnieją niewidzialne granice, których wcześniej nie dostrzegałam, i że rynek bardzo szybko porządkuje twórczość według klucza opłacalności, a nie sensu czy wpływu na czytelnika.

Najtrudniejsze więc nie było samo niewpisywanie się w mainstream, lecz uświadomienie sobie, że świat, który brałam za otwarty i różnorodny, w rzeczywistości jest mocno sformatowany. I że jeśli chcę pozostać wierna temu, w co wierzę – literaturze jako przestrzeni realnego spotkania, zmiany i troski o dobrostan – muszę zaakceptować fakt, że ta droga nie będzie ani oczywista, ani wygodna, ani „dla wszystkich”.

Wydajesz książki, które mają wspierać dobrostan czytelnika i być jego towarzyszem. Jak definiujesz dziś rolę książki w świecie nadmiaru treści i bodźców?

Dziś widzę książkę przede wszystkim jako przestrzeń regulacji, a nie eskalacji bodźców. W świecie nadmiaru treści, ciągłej stymulacji i presji natychmiastowej reakcji książka może – i moim zdaniem powinna – pełnić rolę bezpiecznego towarzysza: miejsca, w którym czytelnik zwalnia, wraca do siebie i odzyskuje kontakt z własnym rytmem, emocjami i myśleniem.

Nie interesuje mnie książka jako kolejny produkt konkurujący o uwagę krzykiem, sensacją czy obietnicą szybkiej zmiany. Książka wspierająca dobrostan nie „ciągnie” czytelnika za sobą, tylko idzie obok. Daje język do nazywania doświadczeń, których często nie umiemy uchwycić w codziennym pośpiechu. Tworzy warunki do refleksji, a czasem do cichej, bardzo osobistej transformacji, która nie musi być spektakularna ani natychmiastowa.

W tym sensie książka staje się dziś aktem oporu wobec kultury nadprodukcji treści. Jest zaproszeniem do uważności, do głębszego czytania – nie tylko tekstu, ale też samego siebie. Dlatego wybieram i tworzę książki, które nie domagają się nieustannej obecności, lecz pozwalają czytelnikowi wracać do nich wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebuje. I wierzę, że właśnie taka literatura ma dziś szczególną wartość: nie jako odpowiedź na wszystko, ale jako wierny, dyskretny towarzysz w świecie, który bardzo rzadko daje nam przestrzeń na ciszę.

 

Pomogłaś zaistnieć na rynku ponad trzystu autorom. Jak zmieniło się Twoje spojrzenie na relację autor wydawca na przestrzeni tych lat?

Na początku patrzyłam na relację autor–wydawca w sposób dość idealistyczny i mocno procesowy. Papierowy Motyl startował jako wydawnictwo otwarte na self-publisherów, co było odpowiedzią na realną potrzebę autorów: sprawczość, decyzyjność i możliwość wejścia na rynek na własnych zasadach. Ten etap był dla mnie bardzo ważny, bo nauczył mnie szacunku do pracy autorskiej i do odwagi, jakiej wymaga pokazanie światu własnego tekstu.

Dość szybko okazało się jednak, że samo „umożliwienie wydania książki” nie wystarcza. Przebranżowienie na model wydawnictwa tradycyjnego było naturalnym krokiem – wynikało z potrzeby jakości, odpowiedzialności i długofalowego myślenia o książce. Zrozumiałam wtedy, że relacja autor–wydawca nie polega na obsłudze procesu, lecz na współodpowiedzialności: za tekst, za czytelnika i za konsekwencje obecności tej książki na rynku.

Dziś bardzo wyraźnie stawiam na transparentność. Oczekuję jej od siebie i od autorów. Otwarcie mówię o niszowości wydawnictwa, o realiach rynku i o tym, że wiąże się to z niskimi nakładami i ograniczonym zasięgiem. Uważam, że uczciwość w tym obszarze jest fundamentem dobrej współpracy, ponieważ chroni autorów przed fałszywymi oczekiwaniami, a wydawcę przed obietnicami, których nie da się spełnić bez utraty jakości albo wartości.

Relację autor–wydawca postrzegam dziś jako partnerską, ale nie symetryczną. Autor wnosi głos, wrażliwość i doświadczenie; wydawca bierze na siebie rolę strażnika procesu i ram: dba o redakcję, spójność, kontekst oraz etykę wydawania. Przez te lata nauczyłam się również, że nie każde „tak” jest dobrą decyzją, czasem największą odpowiedzialnością wydawcy jest odmowa.

Książka nigdy nie jest tylko produktem, a autor nie jest „dostawcą treści”. To relacja oparta na wspólnych wartościach, świadomości niszy, w której się poruszamy, i zgody na to, że sukces nie zawsze mierzy się liczbą sprzedanych egzemplarzy. Dla mnie sukcesem jest uczciwie przeprowadzony proces, dobra książka i czytelnik, który rzeczywiście jej potrzebował.

 

Organizujecie warsztaty, konkursy literackie i projekty dla twórców spoza bańki komercyjnej. Dlaczego uważasz, że właśnie te głosy są dziś w literaturze szczególnie potrzebne?

Ponieważ to są głosy, które nie powstają „pod rynek”, tylko z realnej potrzeby opowiedzenia doświadczenia. Twórcy spoza bańki komercyjnej nie piszą z myślą o algorytmach, trendach czy szybkiej rozpoznawalności – piszą z miejsca autentycznego napięcia, pytania albo wewnętrznej konieczności. A właśnie takich tekstów dziś szczególnie brakuje.

Rynek literacki, podobnie jak inne obszary kultury, bardzo się ujednolicił. Dominują narracje bezpieczne, przewidywalne, łatwe do skomunikowania i szybkiego „skonsumowania”. Tymczasem literatura ma także inną funkcję: zadawać niewygodne pytania, komplikować obraz świata, dawać język doświadczeniom, które nie mieszczą się w gotowych formatach. Głosy spoza głównego nurtu wnoszą różnorodność jako realną jakość – inną wrażliwość, tempo, perspektywę. I tak, trudno się z nimi przebić, co nie oznacza, że nie są potrzebne.

Te projekty są dla mnie również formą przywracania sprawczości autorom. Warsztaty, konkursy i działania rozwojowe tworzą przestrzeń, w której twórca nie musi się dopasowywać, żeby zostać usłyszanym. Może pracować nad tekstem w dialogu, w procesie, bez presji natychmiastowego sukcesu. To szczególnie ważne dla autorów, którzy piszą z doświadczeń granicznych, często niewidocznych, a które są częścią wspólnego, społecznego doświadczenia.

Wierzę, że literatura potrzebuje dziś właśnie takich głosów, bo one działają jak korekta rzeczywistości. Nie zagłuszają świata, ale go doprecyzowują. Nie upraszczają, tylko pogłębiają. I choć rzadko trafiają do masowego obiegu, mają realny wpływ na czytelników, często dużo trwalszy niż teksty, które świetnie się sprzedają, ale szybko znikają z pamięci.

 

Jesteś jednocześnie wydawczynią, autorką i mentorką. Jak te role wzajemnie na siebie wpływają i gdzie musisz stawiać granice, żeby się nie rozmywały?

Te role bardzo się ze sobą komunikują, ale tylko dlatego, że nauczyłam się stawiać między nimi wyraźne granice. Na początku one rzeczywiście się przenikały – bywało, że jako wydawczyni myślałam jak autorka, jako mentorka brałam na siebie odpowiedzialność większą, niż powinnam, a jako autorka zbyt dobrze rozumiałam wszystkie lęki i wątpliwości drugiej strony. Z czasem zobaczyłam, że to nie służy ani mnie, ani ludziom, z którymi pracuję.

Doświadczenie autorskie daje mi empatię i uważność. Wiem, czym jest oddanie tekstu, czekanie na decyzję, konfrontacja z redakcją czy rynkiem. Dzięki temu jako wydawczyni nie upraszczam procesu i nie traktuję autorów przedmiotowo. Z kolei perspektywa wydawczyni bardzo mocno porządkuje moją pracę mentorską – uczy odpowiedzialności, realizmu i myślenia długofalowego, a nie tylko pracy na emocjach czy motywacji.

Największe granice stawiam jednak między mentoringiem a wydawaniem. Mentorka nie obiecuje publikacji, a wydawczyni nie pełni roli terapeuty ani przewodnika po całym życiu twórczym autora. To rozróżnienie jest dla mnie kluczowe, bo chroni przed zależnością i niezdrowymi oczekiwaniami. Każda z tych ról ma inny kontrakt, inne cele i inny zakres odpowiedzialności.

Rola autorki jest dziś najbardziej intymna i najsilniej chroniona. To przestrzeń, w której nie analizuję rynku ani cudzych procesów, tylko słucham własnego głosu. Właśnie dlatego mogę wracać do pozostałych ról z większą klarownością i spokojem.

Dziś widzę te trzy obszary nie jako jedną tożsamość, lecz jako system naczyń połączonych, które działają tylko wtedy, gdy są dobrze oddzielone. Granice nie ograniczają – one pozwalają każdej z tych ról zachować sens, etykę i wewnętrzną spójność.

 

Łączysz świat literatury z pracą nad dobrostanem i rozwojem osobistym. Co metody pracy pisarzy i scenarzystów wnoszą do pracy z człowiekiem i zespołem?

Metody pracy pisarzy i scenarzystów wnoszą do pracy z człowiekiem i zespołem przede wszystkim świadomość narracyjną – czyli umiejętność obserwacji, strukturyzowania doświadczeń i nadawania im sensu. Pisarz nie tylko tworzy fabułę, on pracuje z perspektywą, motywacjami postaci, konfliktami i konsekwencjami decyzji. To przekłada się bardzo naturalnie na pracę z człowiekiem i zespołem: pozwala zobaczyć historię, w której ktoś funkcjonuje, zamiast oceniać jedynie zachowania w oderwaniu od kontekstu.

W praktyce oznacza to, że stosując techniki narracyjne w treningu mentalnym czy warsztatach zespołowych, możemy: pomóc jednostce zrozumieć własną ścieżkę, decyzje i wzorce zachowań; zobaczyć dynamikę zespołu jako opowieść, w której każdy członek ma swoją rolę, konflikty i napięcia; ćwiczyć wyobraźnię empatyczną – zdolność wchodzenia w perspektywę innych, co zwiększa komunikację i współpracę; formułować przyszłe scenariusze działania w sposób bardziej kreatywny i świadomy konsekwencji.

Dodatkowo narzędzia literackie uczą pracy z emocją, subtelnością i symboliczną ekspresją – nie tylko faktami, ale tym, co między nimi. W świecie zespołów i indywidualnego rozwoju to ogromna wartość: pozwala na refleksję, która jest głęboka, spersonalizowana i trwała.

W skrócie, praca pisarzy i scenarzystów uczy patrzenia na życie i pracę nie jako na ciąg przypadkowych wydarzeń, lecz jako na narrację, którą można świadomie kształtować, współtworzyć i rozumieć. To zmienia sposób, w jaki ludzie postrzegają siebie, swoje decyzje i relacje z innymi.

Książki, które nie ścigają się z trendami. Marika Krajniewska o wydawaniu i pracy z ludźmi.

W pracy mentoringowej mówisz o budowaniu strategii rozwoju poprzez zwrócenie się ku sobie. Jak to podejście przekłada się na konkretne decyzje biznesowe?

W mojej pracy mentoringowej kluczowe jest budowanie strategii rozwoju „od środka”, czyli poprzez zwrócenie się ku sobie. To podejście oznacza, że zanim podejmie się jakiekolwiek decyzje biznesowe, najpierw przyglądamy się własnym wartościom, motywacjom, zasobom i ograniczeniom. Zamiast działać pod wpływem trendów czy presji rynku, zaczynamy od pytania: „Co naprawdę chcę tworzyć? Jakie decyzje będą spójne z moją wizją i tym, w co wierzę?”.

Taka refleksja bardzo konkretnie przekłada się na codzienne wybory w biznesie. Pomaga wyselekcjonować projekty i współprace, które mają sens nie tylko w liczbach, ale przede wszystkim w perspektywie długofalowej. Ułatwia priorytetyzację działań – łatwiej zdecydować, gdzie zainwestować energię i czas, a z czego zrezygnować, bo nie odpowiada naszemu rytmowi ani wartościom. To także kształtuje sposób komunikacji i budowania marki: kiedy działania firmy są zgodne z jej wewnętrzną tożsamością, stają się autentyczne i zyskują zaufanie odbiorców.

 

Pracujesz zarówno z firmami, jak i z osobami prywatnymi oraz środowiskiem edukacyjnym. Jakie potrzeby są dziś wspólne niezależnie od branży czy wieku?

W każdej grupie – niezależnie od branży, wieku czy kontekstu – pojawia się wspólny cel: ludzie chcą budować sukces, rozwijać kompetencje i realizować swoje cele. To naturalne dążenie do skuteczności i rozwoju, ale droga do nich nie prowadzi wyłącznie przez działanie „na zewnątrz”. Kluczowym etapem jest lepsze rozumienie własnych motywacji, wartości i ograniczeń. Kiedy człowiek widzi, co go naprawdę napędza, a co hamuje, jego decyzje stają się bardziej świadome i spójne.

Od tej świadomości zaczyna się refleksja nad sobą i swoimi działaniami – moment zatrzymania, w którym można przeanalizować własne wybory, spojrzeć na swoje zachowania i zrozumieć ich konsekwencje. Ta przestrzeń jest uniwersalna: tak samo potrzebują jej zespoły w firmach, studenci czy uczniowie w środowisku edukacyjnym, jak i osoby pracujące nad własnym rozwojem.

Dzięki temu procesowi sukces przestaje być tylko celem zewnętrznym, mierzonym liczbami czy wynikami, a staje się efektem świadomych, autentycznych działań, które harmonizują aspiracje, kompetencje i wartości. To właśnie pozwala budować trwałe efekty, zarówno w pracy, w edukacji, jak i w życiu osobistym, niezależnie od tego, kim jesteśmy i w jakim kontekście działamy.

Patrząc na rynek wydawniczy i rozwojowy w Polsce, czego Twoim zdaniem najbardziej dziś brakuje w pracy z twórcami i czytelnikami?

Na polskim rynku wydawniczym i rozwojowym brakuje dziś przede wszystkim przestrzeni wspierającej twórców w ich istocie, a nie wyłącznie w funkcjach biznesowych. Od autorów i twórców wymaga się niemalże, żeby byli całym przedsiębiorstwem – produkcyjnym, marketingowym, sprzedażowym, logistycznym. Ta presja organizuje ich życie wokół działań promocyjnych i operacyjnych, ograniczając wolność twórczą, czyli czas i energię na samą twórczość, refleksję nad tekstem i kontakt z własnym głosem.

Równocześnie rynek staje się coraz bardziej uszczelniony. Dystrybucja, media, krytyka literacka i opiniotwórcze platformy w dużej mierze działają według własnych algorytmów popularności i zasięgów, a nie według potrzeb różnorodności czy jakości literackiej. Często ważniejsze jest to, by przyciągnąć uwagę masowego odbiorcy, niż pokazać twórczość, która jest potrzebna, inspirująca lub odważna, ale nie wpisuje się w mainstreamowe formaty.

Dla czytelników oznacza to ograniczony dostęp do literatury, która mogłaby ich wzbogacać i poszerzać perspektywę. Dla twórców – poczucie samotności w procesie tworzenia i konieczność stawiania czoła wyzwaniom, które nie mają nic wspólnego z ich talentem czy wizją.

Wydaje mi się, że dziś najbardziej potrzeba wsparcia systemowego, które chroni przestrzeń twórczą i daje realne narzędzia do obecności na rynku, zamiast przerzucania całej odpowiedzialności na autora. To przestrzeń, w której twórca może po prostu tworzyć, a rynek, dystrybucja i media stają się partnerami w pokazywaniu różnorodności literackiej, zamiast filtrować ją przez kryteria popularności i krótkotrwałego zasięgu.

Napisałaś ponad dwadzieścia książek. Co zmieniło się w Tobie jako autorce na przestrzeni lat?

Na przestrzeni lat zmieniło się we mnie wiele, ale najważniejsze jest to, że stałam się bardziej uważna na słowa i ich wagę. Nadal lubię gęstszą, zwartą formę literacką, krótką, ale nasyconą treścią, choć wiem, że nie jest to popularne i wymaga od czytelnika zatrzymania się. Kiedyś byłam bardziej zachłanna w oczekiwaniach wobec rynku – chciałam, żeby mój tekst był „natychmiast zauważony” i szeroko odbierany. Dziś już na to nie liczę i nie stawiam sobie takich wymagań.

Nie rajcują mnie też ckliwe historie ani łatwe wzruszenia. Interesuje mnie literatura, która budzi refleksję, sprawia, że coś w czytelniku drgnie, nawet jeśli nie jest natychmiastowo przyjemna. Moja praca autorska stała się bardziej świadoma: piszę w zgodzie z własnym rytmem i wrażliwością, a nie oczekiwaniami rynku. To pozwala mi zachować autentyczność i energię do tworzenia, nawet jeśli droga moich tekstów nie jest łatwa ani szybka.

Pracujesz bardzo blisko ludzi i ich historii. Jak dbasz o własny dobrostan, żeby móc realnie wspierać innych?

Dbam o dobrostan przez granice, kontakt z naturą i eliminowanie nadmiaru w życiu i pracy. Chronię czas na pisanie, odrzucam bodźce, które mnie rozpraszają, i unikam sytuacji toksycznych lub nieprzynoszących wartości. To pozwala mi zachować spokój, jasność i uważność, a dzięki temu mogę być prawdziwie obecna dla autorów w ich procesach. Od kilku lat rozwijam się też poprzez naukę aktorstwa, skąd też biorą dla siebie pewne spójne z dotychczasową drogą twórczą narzędzia i wartości.

Dzięki temu, że sama tworzę i dbam o własną przestrzeń twórczą, mogę uczciwie wspierać innych w ich procesach, bez presji, pośpiechu czy nadmiaru oczekiwań, oferując autentyczną obecność, doświadczenie i praktyczną wiedzę o świecie literackim i wydawniczym.

Gdybyś dziś miała powiedzieć jedną rzecz osobom, które czują, że ich droga nie jest dla wszystkich, co uznałabyś za najważniejsze?

Powiedziałabym, że są odważni. Nawet jeśli mają tremę, obawy czy strach, nawet jeśli wiedzą, że ich droga nie wpisuje się w komercyjne reguły rządzące światem. Wybierając własną ścieżkę, działają w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami, a to wymaga odwagi większej niż podążanie za tym, co przewidywalne i popularne. To właśnie ta odwaga sprawia, że ich twórczość i działania mają prawdziwą moc, mimo że nie zawsze trafiają do wszystkich. Szczerze w to wierzę. Odwaga bycia sobą otwiera nas bardziej na słuchanie otoczenia i słyszenia, czym możemy mu służyć i w jaki sposób. I jeśli jest to w zasięgu naszego konceptu zawodowego, twórczego, to jesteśmy na dobrej drodze do sukcesu. Myślę, że więcej się widzi i słyszy, gdy się dobrze rozumie siebie. Nie zagłusza nas wtedy nic, czego nie rozumiemy albo czego nie chcemy z jakiegoś powodu widzieć. Sama sobie to od czasu do czasu przypominam.

 

Rozmowa z Mariką Krajniewską pokazuje, że wydawanie książek może być czymś znacznie więcej niż działalnością rynkową. Może być formą odpowiedzialności za słowo, proces i drugiego człowieka. W świecie, który premiuje szybkość, przewidywalność i masowość, konsekwentne trwanie przy literaturze wymagającej, uważnej i niedopasowanej do algorytmów staje się świadomym wyborem zawodowym, etycznym i osobistym.

Papierowy Motyl nie próbuje ścigać się z trendami ani zaspokajać wszystkich oczekiwań. Zamiast tego buduje przestrzeń dla książek, które mają sens, dla autorów, którzy potrzebują uczciwego partnerstwa, i dla czytelników, którzy szukają czegoś więcej niż chwilowej rozrywki. To opowieść o drodze, która nie musi prowadzić do masowego sukcesu, by mieć realny wpływ na ludzi, relacje i sposób myślenia o kulturze.

Wywiad przeprowadziła Agnieszka Marzęda

Więcej o Marice Krajniewskiej i Papierowym motylu znajdziesz na jej profilu.

 

Jeśli chcesz, by historia Twojej marki, pasji i drogi znalazła się na łamach LadyBusiness.pl – tak jak ta rozmowa – napisz do nas na adres: pr@ladybusiness.pl. Z przyjemnością poznamy Twoją opowieść.


Udostępnij