Adrianna Kasprzak: mam dość patrzenia, jak kobiety z potencjałem robią wszystko „na oko”
Nie lubi półśrodków, pustych sloganów i biznesowych iluzji. Zamiast tego mówi o konkretach, procesach i decyzjach, które naprawdę zmieniają firmy – i ludzi, którzy za nimi stoją. Adrianna Kasprzak, przedsiębiorczyni, trenerka i twórczyni marki #TheWomanPower, od lat pomaga kobietom budować biznes oparty nie na przypadku, ale na świadomości i strukturze.
Prowadzi szkolenia, wspiera CEO i managerów, tworzy przestrzeń, w której kobiety uczą się od siebie nawzajem i wzmacniają swoje kompetencje. Jest też założycielką marki kosmetycznej Naturalne Atelier, którą po kilku latach zdecydowała się reaktywować – z nową energią i jeszcze większą wiarą w kobiecy potencjał.
Rozmawiamy o tym, dlaczego intuicja nie wystarczy, co naprawdę stoi za sukcesem kobiecych marek i jak przestać „robić wszystko na oko”, a zacząć tworzyć biznes, który działa z sercem, strategią i odwagą.
Agnieszka Marzęda: W Twojej pracy często mówisz o tworzeniu biznesu „na własnych zasadach”. Co to znaczy w praktyce?
Adrianna Kasprzak: Dla mnie „na własnych zasadach” nie znaczy romantyczny bunt ani robienie wszystkiego po swojemu w kontrze do świata. To znaczy: rozumiem, jak działa biznes, znam konsekwencje decyzji i wybieram te, które są spójne ze mną – zamiast kopiować cudze modele. Przez lata widziałam, jak kobiety próbują zmieścić się w cudzych szablonach: uczą się „jak się powinno”, zamiast budować w oparciu o to, jak chcą żyć i pracować. Biznes na własnych zasadach zaczyna się nie od „marzeń”, tylko od świadomości: co jestem gotowa zrobić, czego nie zrobię nigdy, jakie liczby muszą się spinać, żeby ta historia miała sens. To nie jest wolność od zasad – to wolność wyboru zasad, które mnie nie łamią, tylko niosą. I dopiero wtedy biznes przestaje być walką o akceptację, a zaczyna być narzędziem do życia, które jest po mojej stronie.
#TheWomanPower to nie tylko społeczność, ale też przestrzeń realnej wymiany doświadczeń. Jak zmienia się sposób, w jaki kobiety współpracują ze sobą w biznesie?
Kiedy zaczynałam, kobiety w biznesie działały bardziej obok siebie niż razem. Spotykały się towarzysko, rozmawiały o problemach, ale nie wchodziły w partnerstwa, rekomendacje czy realne wsparcie merytoryczne. Dziś widzę dużą zmianę – zamiast szukać rywalizacji, szukają synergii. Kobiety coraz częściej oddają sobie klientów, wchodzą we wspólne projekty, dzielą się know-how bez lęku, że “komuś oddadzą przewagę”.
W #TheWomanPower celowo buduję przestrzeń, w której nie liczy się status, tylko gotowość do działania i wymiany. Tam nie celebruje się „ładnych postów”, tylko procesy, decyzje i wyniki. Gdy kobiety widzą, że mogą uczyć się od siebie bez oceny – zaczynają ufać i budować relacje, które mają wymiar biznesowy, a nie tylko emocjonalny. To dla mnie największa zmiana ostatnich lat: kobiety przestają grać solo i zaczynają pracować jak koalicje, a to realnie przyspiesza wzrost firm.
Po latach przerwy zdecydowałaś się na reaktywację Naturalnego Atelier. Co zadecydowało o tym kroku i jak dziś patrzysz na budowanie marki beauty w duchu autentyczności?
Naturalne Atelier wraca, bo wiem dziś, po latach, po co ta marka istnieje. Nie jest dla mnie projektem kosmetycznym, tylko narzędziem do czegoś większego – do opowiedzenia o kobiecości bez infantylizacji i bez tej instagramowej iluzji „self-care = świeczka i kocyk”. Dla mnie autentyczność w beauty nie polega na pozach, tylko na uczciwości wobec odbiorcy: mówimy, co robimy, po co i jak to działa – bez marketingowego pudru.
Reaktywowałam markę, bo kobiety wciąż potrzebują produktów, które nie tylko pachną i wyglądają, ale też znaczą. Naturalne Atelier zawsze było o tym, żeby zapachami, rytuałem i pielęgnacją dotknąć czegoś w środku – tej części, która przypomina, kim jesteś, zanim świat powie Ci, jak masz wyglądać. Dziś, po przerwie, robię to z jeszcze większą świadomością: nie tworzę produktów, tylko język kobiecej sprawczości w formie kosmetyku. No i muszę przyznać, że brakowało mi osobiście produktów, które tak pachną i tak działają 😉
Łączysz sprzedaż, HR, strategię i marketing. Jak to podejście 360° przekłada się na skuteczność Twoich klientów?
Biznes nigdy nie psuje się w jednym miejscu. Sprzedaż nie siada „sama z siebie” – zwykle za nią stoi chaos w procesach, źle zbudowana oferta, brak ról w zespole albo komunikacja, która nie potrafi sprzedać wartości. To dlatego patrzę na firmy jak na system, a nie jak na pojedynczy problem do załatania. Kiedy ktoś przychodzi „naprawić marketing”, a ja widzę, że oferta jest niepoliczona, zespół działa na instynkcie, a właściciel wszystko trzyma w głowie – to nie zaczynam od reelsów, tylko od fundamentów.
Efekt podejścia 360° jest prosty: decyzje przestają być przypadkowe. Firma zaczyna działać nie dlatego, że „się udało”, tylko dlatego, że każdy element gra w tę samą stronę. Klienci mówią mi często po kilku miesiącach: „pierwszy raz mam poczucie, że wiem, co robię i dlaczego to działa”. Dla mnie to jest właśnie skuteczność – nie jednorazowy wynik, tylko powtarzalność.
Co najczęściej „nie działa” w firmach, kiedy wchodzisz jako konsultantka, i od czego zaczynasz proces zmian?
Najczęściej nie działa nie produkt, nie zespół i nie klient – tylko myślenie właściciela. Biznes jest prowadzony „na czuja”, decyzje zapadają na bazie intuicji albo presji chwili, a nie danych i konsekwencji. Do tego brak ról, brak procesów i brak odpowiedzialności – każdy „robi wszystko”, co w praktyce znaczy „nikt nie robi dobrze żadnej rzeczy do końca”.
Zawsze zaczynam od uporządkowania: liczby, proces, decyzje. Najpierw trzeba zobaczyć, gdzie naprawdę ucieka potencjał i pieniądze – dopiero potem wymyślać nowe działania. Biznes zaczyna działać, gdy jest jasność: kto, za co, dlaczego i po co. Reszta – narzędzia, kampanie, rekrutacje – to już tylko wykonanie.

Jakie błędy popełniają przedsiębiorcy, próbując rozwijać zespół bez jasnej struktury i procesów?
Najczęściej zatrudniają ludzi „żeby odciążyć”, a nie „żeby zbudować zdolność do wzrostu”. W efekcie nowa osoba dostaje chaos zamiast zakresu, oczekiwania zamiast narzędzi i pretensje zamiast feedbacku. To nie jest rekrutacja – to przerzucenie problemu na kogoś innego.
Drugi błąd: budowanie zespołu bez wskaźników. Nikt nie definiuje, po czym poznamy, że ta osoba dowozi wartość. A skoro nie ma miernika, to każda rozmowa o pracy staje się rozmową o „odczuciach”. Firmy nie rosną od liczby ludzi, tylko od jakości systemu, w który się ich wpuszcza. Zespół bez struktury to drogi chaos.
Kiedy wchodzisz do organizacji jako trenerka, co jest dla Ciebie najważniejsze – ludzie, proces czy strategia?
Nie potrafię oddzielić jednego od drugiego, bo w zdrowym biznesie te trzy elementy zawsze działają w systemie. Dla mnie kluczowa jest kolejność, w jakiej się nimi zajmujemy. Zaczynam od strategii – żeby wiedzieć, w jakim kierunku w ogóle idziemy i po co. Potem przyglądam się procesom – bo nawet najlepsza strategia nie zadziała, jeśli codzienność firmy opiera się na chaosie i domysłach. Dopiero na tym fundamencie wchodzę w pracę z ludźmi.
Nie wierzę w rozwój „dla rozwoju”. Pracuję z zespołami w kontekście realnych celów i potrzeb biznesu, nie w oderwaniu od nich. Chodzi o to, żeby ludzie wiedzieli, po co robią to, co robią, i czuli, że ich praca ma sens, a nie tylko że „powinni się rozwijać”.
Bardzo często spotykam firmy, które zaczynają od końca – inwestują w szkolenia, licząc, że rozwiążą nimi problemy, które wcale nie leżą w kompetencjach, tylko w strukturze lub kierunku działania. Wtedy moja rola polega na przywróceniu równowagi: zrozumienia, uporządkowania i dopiero potem wzmacniania zespołu.
Bo kiedy firma ma strategię, proces i ludzi w spójności – wtedy rozwój nie jest dodatkiem. Jest naturalnym efektem.
Biznes bez lukru – to określenie, które bardzo dobrze Cię definiuje. Czy szczerość w biznesie jest Twoim zdaniem przewagą czy ryzykiem?
Przyjmuję to określenie jako komplement, bo „biznes bez lukru” nie jest dla mnie postawą konfrontacyjną, tylko realistyczną. Nie mam potrzeby utwardzać rzeczywistości bardziej niż jest – ona i tak bywa wymagająca. Moją rolą nie jest ją wygładzać, tylko nazwać taką, jaka jest, żeby można było podjąć właściwe decyzje.
Nie wierzę w mitologizowanie przedsiębiorczości – w opowieści o „intuicji”, „flow”, „przyciąganiu okazji”. Widziałam zbyt wiele firm od środka, żeby udawać, że sukces spływa na tych, którzy „wierzą wystarczająco mocno”. Prawdziwa przewaga rodzi się z dyscypliny, odwagi do konfrontacji z faktami, z policzonych liczb, z dobrze zbudowanej oferty i z ludzi, którzy wiedzą za co odpowiadają.
Mówienie o biznesie bez lukru jest uczciwsze także wobec tych, którzy dopiero startują – bo pokazuje im pełen obraz, a nie tylko efekt końcowy. Jeśli wchodzisz do gry wiedząc, że będzie presja, korekty, zwątpienie i momenty, w których trzeba będzie zacisnąć zęby – masz większą szansę przetrwać. To idealizowanie, nie prawda, zabija motywację w momencie pierwszego kryzysu.
Dlatego wybieram szczerość jako kierunek – nie z twardości charakteru, tylko z szacunku do ludzi i do ich wysiłku. Biznes z lukrem jest atrakcyjną opowieścią. Biznes bez lukru daje efekt. I to z tym chcę pracować.
Jak wygląda Twój sposób pracy z liderami, którzy chcą nie tylko rosnąć finansowo, ale też rozwijać siebie jako osoby zarządzające?
Z liderami pracuję zawsze dwutorowo – nad firmą i nad nimi samymi, ale nigdy w oderwaniu jedno od drugiego. Najpierw porządkujemy biznes: cele, procesy, odpowiedzialności, liczby. Lider nie ma się szlifować „dla idei”, tylko dlatego, że jego decyzje mają później realny wpływ na ludzi, tempo pracy i wynik. Kiedy biznes przestaje wymagać od niego gaszenia pożarów i ciągłego reagowania, dopiero wtedy pojawia się przestrzeń na rozwijanie roli zarządczej.
Druga część pracy dotyczy sposobu działania lidera w uporządkowanym systemie – tego jak komunikuje oczekiwania, jak deleguje, jak egzekwuje, jak radzi sobie z presją i niepopularnymi decyzjami, jak buduje odpowiedzialność w zespole zamiast brać wszystko na siebie. Bardzo często kluczową zmianą jest przejście z trybu „ratownika” na tryb „architekta” – z osoby gaszącej skutki do osoby projektującej warunki.
Nie uczę liderów jak być lubianymi, tylko jak być skutecznymi w sposób, który jest spójny z nimi i nie wyniszcza ani ludzi, ani ich samych. Rozwój finansowy i rozwój przywódczy nie są dla mnie dwoma oddzielnymi torami – jeden bez drugiego i tak prędzej czy później się zatrzyma.
Jak łączysz pracę konsultantki i trenerki z tworzeniem przestrzeni dla kobiet w ramach #TheWomanPower?
Łączę te obszary nie dlatego, że chcę być „w wielu rolach”, tylko dlatego, że one wzajemnie podnoszą swój poziom. Pracując jako konsultantka widzę biznes od strony decyzji, które realnie przesuwają firmę do przodu – widzę, co działa, co się sypie, gdzie firmy przyspieszają, a gdzie palą pieniądze i czas. Ten wgląd da się zdobyć tylko wtedy, kiedy odpowiadasz za wynik, a nie tylko za prezentację na slajdach.
To, co widzę w pracy z firmami – przenoszę do #TheWomanPower w nieprzetworzonej formie. Bez pudrowania, bez „przekładu na inspirację”, bez upraszczania pod algorytm. Tam nie rozmawiamy o biznesie w trybie życzeniowym, tylko w trybie operacyjnym: o liczbach, o kosztach decyzji, o konsekwencjach i o tym, co naprawdę robi różnicę w wzroście firmy.
Robię to po to, żeby kobiety nie musiały uczyć się na błędach, na które innych kosztowały lata. Chcę dawać dostęp do jakości myślenia, do której większość dochodzi dopiero „po drodze”, kiedy już było drogo, późno albo boleśnie. #TheWomanPower ma skracać dystans – nie emocjonalnie, tylko intelektualnie i decyzyjnie.
Wydarzenia, które tworzę w ramach #TheWomanPower, są przedłużeniem tej filozofii – to nie są „ładne spotkania”, tylko momenty, w których wiedza, praktyka i relacje stykają się w realnym działaniu. Tam kobiety nie słuchają historii – one konfrontują swoje decyzje, zderzają perspektywy, uczą się publicznie myśleć jak liderki i przestają być w tym procesie same. Ta przestrzeń istnieje po to, by podnieść standard myślenia kobiet o własnym biznesie, zanim rynek ich do tego zmusi. A klub – w najbardziej praktycznym sensie – jest narzędziem do utrzymania tej jakości w czasie. Nie jednorazowym impulsem, tylko ciągłą pracą nad sposobem, w jaki kobiety prowadzą swoje firmy. To miejsce, w którym nie trzeba tłumaczyć, dlaczego chcesz więcej – tylko możesz zacząć działać tak, jakby „więcej” było standardem.
Co było dla Ciebie największym wyzwaniem, kiedy budowałaś własne marki od zera?
Najtrudniejsze nie było ani wymyślenie produktów, ani pozyskanie klientów, ani nawet finansowanie – tylko to, że wszystko trzeba było robić równolegle, zanim istniał jakikolwiek dowód, że to ma sens. Decyzje bez gwarancji. Ryzyko bez poduszki. Praca zanim pojawił się efekt. To jest etap, którego nikt nie pokazuje w social mediach, bo tam nie ma jeszcze nic do pokazania – jest tylko koszt, który trzeba udźwignąć.
Drugim wyzwaniem było to, że większość otoczenia patrzy na Ciebie jak na eksperyment, dopóki nie zaczniesz dowozić wyników. Do momentu, w którym masz sukces – jesteś „śmiała”. Do momentu, w którym nie masz – jesteś „naiwna”. Trzeba nauczyć się działać w ciszy i nie brać do siebie cudzych narracji o tym, co jest „realne”.
I trzecia rzecz – samotność decyzyjna. Nikt nie robi tego za Ciebie. Nikt za Ciebie nie poniesie konsekwencji. Jeśli chcesz budować coś własnego, musisz zaakceptować, że odpowiedzialność jest pierwsza, dopiero potem przywileje. Ten moment jest trudny, ale on właśnie odróżnia ludzi, którzy przedsiębiorczość wybierają – od tych, którzy ją tylko podziwiają.
Czy kobieca energia może być dziś realną siłą w biznesie, czy wciąż traktuje się ją bardziej jak modny slogan?
Kobieca energia jest siłą dopiero wtedy, kiedy przestaje być hasłem. Sama idea „kobiecości w biznesie” niczego nie zmienia – zmienia dopiero to, co z niej wynika w decyzjach, w sposobie pracy, w prowadzeniu ludzi i w wyborach strategicznych. Kiedy kobiety wchodzą do biznesu nie po to, żeby dopasować się do zastanego modelu, tylko po to, żeby budować go według własnych standardów – wtedy ta energia staje się przewagą, bo wnosi inny sposób myślenia o rozwoju, o relacjach, o ryzyku, o długim horyzoncie.
Problem nie polega na tym, że kobieca energia jest lekceważona – tylko na tym, że zbyt często sprowadza się ją do powierzchownych klisz: empatii, delikatności, wrażliwości. Prawdziwa kobieca energia w biznesie to również dyscyplina, zimna analiza, odwaga w zmianie kierunku, odporność na presję i umiejętność trzymania kursu, nawet kiedy opinie z zewnątrz mówią coś innego.
To nie jest moda, jeśli stoi za tym wynik. Sloganem staje się wtedy, kiedy używa się go zamiast pracy. Siłą staje się wtedy, kiedy na nim buduje się firmę, która dowozi – nie „mimo że jest kobieca”, tylko właśnie dlatego, że jest prowadzona po kobiecemu, czyli świadomie, konsekwentnie i po swojemu.

Co Cię dziś najbardziej inspiruje: ludzie, którzy Cię otaczają, doświadczenia, a może własne porażki?
Najbardziej inspiruje mnie rzeczywistość w momentach, kiedy odsłania się bez filtra narracji. Momenty, w których widać, kto naprawdę działa, a kto tylko mówi. Decyzje zamiast deklaracji. Efekty zamiast opowieści. Korekty kursu, które wymagają odwagi, a nie oklasków – to jest dla mnie źródło inspiracji, bo tam widać prawdę o człowieku i o biznesie.
Inspirują mnie ludzie, którzy potrafią wziąć odpowiedzialność za swoje wybory – nie tłumaczą się światu, tylko robią swoje, nawet jeśli to oznacza wyjście poza znany im schemat. Inspiruje mnie konsekwencja, nie entuzjazm. Ci, którzy wracają do stołu po trudnym kwartale i dalej budują – nie dlatego, że jest łatwo, tylko dlatego, że wybrali.
Porażki traktuję jak materiał dowodowy, nie jak emocjonalną historię. One same w sobie nie inspirują – inspiruje dopiero to, co ktoś z nimi zrobi: czy wyciągnie wnioski i podniesie poziom, czy będzie przez lata tłumaczyć, dlaczego się nie udało.
Najsilniej inspirują mnie sytuacje, w których widać, że coś zaczęło działać nie dlatego, że „sprzyjały okoliczności”, tylko dlatego, że ktoś wykonał dobrą robotę. Prawdziwa inspiracja dla mnie nie jest bodźcem – jest dowodem, że sens i wynik mogą iść w parze.
Dziękujemy za inspirujące spojrzenie na kobiecy biznes bez iluzji i uproszczeń. Za przypomnienie, że siła nie polega na perfekcji, lecz na świadomości i odwadze, by działać w zgodzie ze sobą. W świecie, który wciąż wymaga od kobiet więcej, takie rozmowy są potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Pokazują, że sukces może być mądry, autentyczny i zbudowany na wartościach – nie na presji.
Wywiad przeprowadziła Agnieszka Marzęda
Więcej o Adriannie Kasprzak znajdziesz na jej profilu.

